Forum www.cullenbitches.fora.pl Strona Główna
  FAQ  Szukaj  Użytkownicy  Grupy  Galerie   Rejestracja   Profil  Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości  Zaloguj 

Time of Love - prace konkursowe

Napisz nowy tematTen temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi Forum www.cullenbitches.fora.pl Strona Główna -> UWAGA!!! KONKURS!!! :)
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat
Autor Wiadomość
ola7194
Capofamiglia



Dołączył: 14 Sie 2010
Posty: 1085
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 3 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: szczecin

PostWysłany: Nie 21:02, 20 Lut 2011 Temat postu: Time of Love - prace konkursowe

Time of Love - prace konkursowe

22-go lutego oficjalnie rozpocznie się kolejny etap naszego walentynkowego konkursu Time of Love.
W tym etapie oddajecie głosy na wasze ulubione prace w każdej z trzech kategorii.
Poniżej zamieszczone są prace, które do tej pory otrzymałyśmy. Zachęcamy do dokładnego zapoznania się z nimi.
Przypominamy, że:

1. Głosujemy uczciwie, nie sugerując się tym, kogo nominował kolega wyżej.

2. NIE głosujemy na siebie. (bo my już wiemy czyja praca jest czyja… ^^)

3. Głosujemy tylko i wyłącznie jeden raz!

4. Oddajemy 3 głosów w danej kategorii.

5. Nie trzeba głosować na wszystkie kategorie, mogą zostać puste pola.

6. Drugi etap trwa od 22 lutego do 07 marca 2011r.

7. Ogłoszenie wyników końcowych: 10.03.2011.

8. Głosy oddajemy tylko w TYM TEMACIE.

Kategorie:
Miniaturka:
1.
2.
3.

Grafika:
1.
2.
3.

Film:
1.
2.
3.


Jeśli ktoś nie znalazł tu swojej pracy lub wystąpił jakiś problem/błąd, proszę o napisanie na PW do ola7194 lub LunaticIdealist.


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez ola7194 dnia Nie 21:33, 20 Lut 2011, w całości zmieniany 8 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
ola7194
Capofamiglia



Dołączył: 14 Sie 2010
Posty: 1085
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 3 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: szczecin

PostWysłany: Pon 15:54, 21 Lut 2011 Temat postu:

1.

Bella i Walentynki.


Otworzyłam swoje zaspane oczy. Przetarłam je ręką pozbywając się ostatek snu. Cóż piaskowy dziadek i tym razem mnie odwiedził, skutkiem był piasek wysypujący się z moich powiek. Kolejny dzień życia. Kolejny dzień szarej rzeczywistości. Kolejny, w którym musze wstać, uśmiechać się i żyć. Tylko co to za życie? Moje życie skończyło się siedem lat temu. Siedem cholernie długich lat temu. Każdy był gorszy od poprzedniego. Myślałam, że kiedyś uda mi się zapomnieć, że dam sobie z tym radę, otrząsnę się. Nie udało się. Jest gorzej. Myślałam o nim. Ciągle, niezmiennie. O nim, o nich wszystkich. Dlatego wyjechałam. Zostawiłam za sobą wszystko. Chciałam zacząć od zera. I zaczęłam. Byłam zerem, jestem zerem, zerem pozostanę.

Pamiętam jak mówił, że mnie kocha. Jak oni wszyscy patrzyli na mnie jak na członka rodziny. Czułam się wyjątkowo. Byłam chciana. Kochana. Sama kochałam. A teraz wróciłam tu. W to miejsce, w którym się wszystko zaczęło. A ogrom spraw przygniótł mnie do ziemi. Pierwszy tydzień był nie do zniesienia. Ja Isabella Swan 25 letnia nieudacznica, wróciłam do tatusia. Cóż on uważa inaczej. Cieszy się, mówi, że jestem kimś, że coś osiągnęłam. Pieprzyć to.

Wyjechałam do Europy, zdobyłam wiedzę w różnych dziedzinach. Zdobyłam
wykształcenie. On tego chciał, chciał żebym się uczyła, żebym była człowiekiem, żebym przeżyła wszystkie człowiecze sprawy. Więc żyłam. Choć to było trudne. Kilkakrotnie moje myśli wędrowały do tego, aby zakończyć swoje życie. Kilkakrotnie próbowałam. Ale byłam tchórzem. Zbyt wielkim tchórzem. Bałam się, że się dowie, że będzie niezadowolony. Dlatego zawsze w krytycznych momentach wołałam o pomoc. Udawało im się mnie ocalić, odratować, wtedy błagałam w duchu, żeby nie był zły. Do cholery chciałam się mu przypodobać zawsze, choć mnie nie widział, choć mnie nie chciał…

Kiedy zdobyłam wszystko czego mogłam od życia oczekiwać, wróciłam. Ojciec się cieszył. Jego córka, znana pisarka, jej bestsellerowe powieści obiegły cały świat. Dałam mu to co chciał, sprawiłam, że był ze mnie dumny. Chwalił się mną, opowiadał jaka jestem wspaniała, jak daleko zaszłam. Pieprzenie.

Zmieniłam się. Nie byłam już tą samą osobą. Choć to może śmieszne, ubierałam się zawsze tak jakby ona to zrobiła. Chodząc po sklepach, wyobrażałam sobie, że jest ze mną, że mi podpowiada co wybrać. Jej też mi brakowało. Kochałam ją, a on mi ją zabrał. Była moją przyjaciółką, siostrą i wróżką potrafiącą zakraść się do mojego serca po największe sekrety. Dlatego chciałam, aby i ona była za mnie dumna.

Choć moja własna, można rzec rodzona matka, była blisko, ja ciągle tęskniłam z nią. Za kobietę, która była cudowna, która zajęła się tą całą bandą i trzymała ich w ryzach. Mój ojciec był wspaniały – ale on potrafił podtrzymać na duchu. Pokładał we mnie wielką wiarę. Za nimi też tęsknie.

Spojrzałam na zegarek 06:22. Pięknie. Po cholerę budzę się tak wcześnie?
Wyciągnęłam się na łóżku i przewróciłam na drugi bok. Zobaczyłam ruch za oknem. No chyba sobie robisz jaja. Podeszłam do niego, ale nic nie zobaczyłam. Była zima, na dworze ciemno i mroźno. Powoli tracę zmysły. Poszłam pod prysznic. Mimo tylu lat, nic się nie zmieniło. Ciągle używam tego samego żelu pod prysznic, ciągle tego samego szamponu. Choć z szamponem był problem. Zaprzestali produkcji. W tamtej chwili cieszył mnie fakt, że mogę pociągnąć za sznureczki tak, by raz na pół roku produkowali specjalnie dla mnie trochę tego specjalnego zapachu. Pomyśleć, że truskawkowych szamponów jest na pęczki. Cóż ten podobał się jemu. Ten ma pozostać.

Możnaby pomyśleć, że jestem nienormalna. Możliwe. Ale tylko w mojej głowie.
Ludzie, którzy mnie poznają, widują, sądzą, że jestem jak najbardziej normalna. Rozmawiam, uśmiecham się, czasami flirtuje. Może to i na nic. Przysięgłam sobie bowiem, że w moim życiu nie będzie innego mężczyzny. Co za tym idzie zero intymności.

Zeszłam na dół przygotować śniadanie. Zaczęłam zaparzać kawę, kiedy do kuchni wszedł ojciec.

-Wszystkiego dobrego córeczko. – pocałował mnie w policzek i dał mały bukiecik
czerwonych kwiatków, jakąś tandetną czerwoną kartkę z wielkim sercem i czekoladki.

-Co to jest? – ciągle stałam w osłupieniu.

-Dziś są walentynki kochanie. Pomyślałem, że zrobisz staremu ojcu przyjemność i weźmiesz od niego walentynkę. Może będziesz moją walentynką? – uśmiechnął się do mnie szczerze. Moje serce pękło po raz kolejny. Kolejne walentynki bez niego. Kolejne walentynki bez nich. Uśmiechnęłam się sztucznie i go przytuliłam.

-Och tato nie trzeba było. Widzisz sama zapomniałam i nie mam nic dla ciebie. – rozłożyłam ręce w geście zmieszania.

-Nie szkodzi. Wystarczy, że tu ze mną jesteś. – w oczach staruszka zauważyłam łzę, jednak szybko się jej pozbył, udając, że wcale jej tam nie było. – O kawa. – podszedł do ekspresu i nalał sobie do kubka.

-Tak i mam zamiar zrobić naleśniki. Chcesz?

-Pewnie, nakarm swojego starego ojca.

Więc zrobiłam naleśniki, chcąc aby poczuł się dobrze, starałam się wyciąć z nich serca. Efekt był piorunujący. W żadne sposób nie przypomniały serca, chyba, że to prawdziwe, bijące w klatce piersiowej. Ale był szczęśliwy.

Po śniadaniu poszłam sprawdzić pocztę. Wyciągnęłam ze skrzynki listy i wróciłam do domu. Usiadłam na kanapie i zaczęłam je przeglądać. Była jeszcze jedna, tandetna kartka od mojego znajomego z Rzymu. Uśmiechnęłam się. Kilka rachunków i list. Zaadresowany do mnie. W pięknej papeterii. Papeterii ze znakiem, który wypalił się w mojej pamięci. Z godłem rodziny Cullenów. Upuściłam wszystkie pozostałe listy. Rozsypały się po podłodze. Szybko je pozbierałam i odłożyłam na stół. Porwałam list i wbiegłam na górę, do swojego pokoju. Drżącymi rękami otworzyłam kopertę. Oczy zaszły mi łzami. To nie on. Wszędzie poznałabym jego pismo. Jednak przytuliłam kartkę do piersi. To ona. Moja siostra.

Bello.
Widuję Cię w swoich wizjach. Tęsknię za Tobą tak strasznie.
Wizję nie sprawią, że będę się
czuć jakbym była obok Ciebie. Ale wiele razy poprawiasz mój nastrój.
Dziękuję za te wszystkie zakupy, na które mnie zabierasz. Myślisz wtedy o mnie tak intensywnie, że zalewasz moją głowę obrazami. Boję się o Ciebie.
Za dużo myślisz o śmierci. Nawet sobie nie
wyobrażasz jak wiele razy przez ciebie niemal nie dostałam zawału.
Tak wiem, wiem to niemożliwe. Ale po co chciałabyś się zabić? Dlaczego próbowałaś? Wiem, że udawało Ci się z
tego wyrwać, ale po co to robisz? Ranisz mnie. Te wizje sprawiają mi żywy ból. Nie
odzywałam się za długo. Robiłam to dla niego, ale nie mogę dłużej.
Wróciłam do domu, bo wiem, że i Ty tam jesteś. Wróciłam tylko z Jasperem.
Wiem, że przeczytasz ten list w walentynki.
Wiem też, że za raz się ubierzesz i do mnie przyjedziesz.
No dobra tego nie wiem, ale liczę, że tak właśnie zrobisz. Liczę, że mi wybaczysz.
Alice.



Siedziałam w szoku. Alice tu była, Alice… Łzy kapały na kartkę, którą czytałam po raz kolejny. Ona chce, żebym przyjechała. Zarzuciłam bluzę na siebie i pognałam do auta. Kilka minut później byłam w domu. W domu, który kiedyś uważałam także za mój. Do domu, za którym tęskniłam. Kiedy tylko wyszłam z auta, jakieś ręce porwały mnie do góry. Usłyszałam cichy szloch.

-Ja też tęskniłam Alice. – postawiła mnie na ziemi i popatrzyła na mnie.
-Nic się nie zmieniłaś.

-Ty też Alice. Ty też. – obie się roześmiałyśmy. – Dlaczego teraz? – wiedziała o co pytam.

-Nie mogłam wytrzymać. Nie chciałam też, żeby moja wizja się spełniła.

-Jaka wizja Alice? – napawałam się dźwiękiem jej imienia.

-Tym razem nie udałoby im się ciebie uratować. Głupia!

Weszłyśmy do domu. Jasper stał oparty o schody. Pobiegłam i go przytuliłam. Zdziwił się, ale i on przytulił mnie.

-Za tobą też tęskniłam Jazz.

Spędziliśmy miło kilka godzin na rozmowie. Nie mówiliśmy o nim. Wiedziała, że
ciągle boli. Opowiadała mi gdzie byli. Powiedziała, że Rose przez jakiś czas pomagała w sierocińcu. Była blisko dzieci, mogła z nimi rozmawiać, bawić się. Była opiekuńcza, ciepła, jednak musiała to odrzucić kiedy przenosili się w inne miejsce. Podobno nawet i ona uważała, że Edward jest idiotą, odpychając mnie. Też tęskniła. Naszą rozmowę przerwał dźwięk samochodu przed domem. Po chwili drzwi wejściowe trzasnęły.

-Alice jeżeli się z nią skontaktowałaś… - zamarłam tak samo jak i on. Mój świat zawirował, a później wszystko było czarne. Po chwili usłyszałam kłótnie.

-Po co tu przyjechałaś? Dlaczego Alice? Dlaczego się z nią skontaktowałaś? Alice?!

-Edwardzie, ja też ją kochałam, wciąż ją kocham, tak samo jak ciebie. Nie mogłam pozwolić, żeby się zabiła rozumiesz?

-Jak to zabiła?

-To nie był by pierwszy raz kiedy by próbowała.

-Ale dlaczego?

-Sam sobie odpowiedz.

Podniosłam się. Zobaczyłam go, był taki sam. Wyglądał identycznie. Te same włosy, wiecznie w nieładzie. Ta sama postura. Te same kształty. Wyglądał tak jak w mojej głowie. Jak wtedy kiedy mnie zostawiał. Nie przeżyje tego drugi raz. Wizja Alice się spełni, czy tego chce czy nie. Nie zniosę kolejnego odtrącenia. Nie uda mi się pozbierać, nie tym razem. Wstałam.

-O nie moja droga, nie ze mną te numery. Nie pozwolę na to.

-Na co Alice? – udałam, że nie wiem o co jej chodzi, choć wiedziałam. Ona już to zobaczyła, ona wiedziała co zamierzam.

-Dobrze wiesz. – wzięła mnie za rękę i zaprowadziła do swojej sypialni. – To niczemu nie pomoże. Niczemu nie zaradzi. Oprócz tego, że ja będę cierpieć.

-Ale ja już nie mogę. Tyle razy marzyłam o tej chwili. O tym, że go w końcu zobaczę.
Niestety nie było tak jak sobie wymarzyłam. Alice nie dam rady, nie pozbieram się. Nie tym razem. Proszę odpuść. Wiem, że będziesz cierpieć, ale i tak kiedyś by mnie zabrakło i tak w końcu będziesz mnie opłakiwać.

-O nie moja droga. Nie! Nie stracę cię. Na pewno nie teraz. Dopiero co znowu cię
zobaczyłam. Dopiero co przyjechałam. Bello, nie pozwolę na to. – rozpłakałam się. Byłam bezsilna. Codziennie budząc się myślałam, o tym jakby to było, gdyby wrócili. Czy znów byłabym szczęśliwa? Czy wtedy tylko ze mnie szydzili? Nagle poczułam silne ramiona wokół mnie. Za duże jak na Alice. Zaczęłam się szarpać. Nie udało mi się uwolnić, z bezsilności łzy leciały ciurkiem po mojej twarzy.

-Dlaczego? Puść mnie. Proszę puść. Ja nie chcę. Nie tym razem. Proszę. -zawodziłam, jednak on nic nie powiedział. Ramiona ciągle mnie oplatały. Kiwaliśmy się w przód i w tył. Po kilku chwilach zdołałam się uspokoić. Już nie krzyczałam, już nie płakałam, ogarnęło mnie tylko otępienie. Nie czułam już nic, ani bólu, ani radości, niczego.

-Jak cię puszczę, porozmawiasz ze mną? – kiwnęłam głową. – Dobrze. – uwolnił mnie ze swoich objęć. Popatrzyłam na niego. Wprost w jego oczy. Widziałam w nich ból. Ból, który rozdzierał moje serce dzień po dniu przez ostatnie siedem lat.

-Dlaczego? – zapytałam. Sama nie rozpoznałam swojego głosu, był zachrypnięty, ale
spokojny. Podał mi szklankę wody. Przeczesał swoje włosy i popatrzył na mnie.

-Nie wiem. Myślałem, że tak będzie lepiej.

-Dla kogo lepiej?

-Dla ciebie. – Roześmiałam się. Był to gorzki śmiech. Niczym nie przypomniał mojego prawdziwego śmiechu. – Wydawać ci się może, że moje postępowanie było samolubne. Naprawdę cię kocham, chciałem dla ciebie jak najlepiej.

-Kochałeś. – poprawiłam go, on też widział ból w moich oczach.

-Kocham.

-Nie przestań! Nie mam zamiaru słuchać znów twoich kłamstw. Nikt kto kocha drugą osobę, nie zachowuję się w ten sposób. Nie rani jej tak mocno jak ty mnie. Czułam się jakbym miała wielką ranę w sercu. Połamało się na milion kawałków. Najpierw ty ode mnie odszedłeś, później mój jedyny przyjaciel. Ludzie zostawiali mnie po kolei. Dlatego wyjechałam, widać popełniłam błąd wracając tu. – uśmiechnęłam się gorzko. – Miło było cię zobaczyć. – Odwróciłam się z zamiarem wyjścia. Wyjścia z tego domu, z tego życia.

-O nie. – złapał mnie za rękę i posadził na fotelu. Nachylił się nade mną. – Możesz sobie myśleć co chcesz, ale zrobiłem to dla ciebie. Wtedy, myślałem, że to najlepsze wyjście. Odjechać, pozwolić ci myśleć, że jestem draniem, który chciał cię wykorzystać i porzucił. Jednak co dzień o tobie myślałem. Zabijało mnie, że nie wiem co się z tobą dzieje. Nie rozmawiałem z nikim z rodziny osobiście. Raz na kilka miesięcy dzwoniłem. Możesz sobie myśleć co chcesz, ale ja też cierpiałem.

-W takim razie jesteś głupi. – próbowałam wstać.

-Nie prowokuj mnie.

-Mam cię nie prowokować do czego? – zapytałam z kpiną w głosie. – zrobisz mi coś?
Ugryziesz? Wyssiesz moją krew? Myślisz, że uwierzę? Nie potrafiłeś tego zrobić kiedyś, nie zrobisz i teraz.

Wtedy nachylił się nade mną i mnie pocałował. Najpierw powoli, później zaczął to robić brutalnie. A ja nie oddawałam pocałunków, byłam w zbyt wielkim szoku. Położyłam rękę na jego klatce piersiowej, popchnęłam. Wiedziałam, że nie mam siły by go powstrzymać, ba cała armia by nie miała, liczył się gest.

-Dlaczego? – zapytał z cierpieniem wymalowanym na twarzy.

-Zostawiłeś mnie, nie chciałeś mnie, cierpiałam, a teraz myślisz, że w jedną chwilę naprawisz ostatnie siedem lat? Nie w tym życiu. – wstałam i wyszłam. Zeszłam na dół, do salonu, do mojej Alice. Jednak to co zobaczyłam, było snem. Wszyscy, cała moja rodzina siedziała tam i czekała. Zobaczyłam Esme. Podbiegłam i przytuliłam się do niej mocno. Objęła mnie i głaskała po włosach. Szeptała „Moja Bella, już wszystko w porządku, jestem tu.” A ja czułam się jak w domu. Po chwili odsunęłam się od niej. Znowu płacząc. Emmet porwał mnie w ramiona. Zaśmiałam się. Nawet Rosalie mnie przytuliła i szepnęła, że tęskniła. Carlise mnie przeprosił i powiedział, że jeżeli zechce aby byli częścią mojego życia, to tak się stanie. Bo on mnie pokochał jak córkę i serce mu pękło kiedy musiał mnie opuścić, ale też sądził, że tak będzie lepiej.

Usiadłam, chłonęłam ich wszystkich. Tych wszystkich ludzi, którzy byli mi bliscy,
uśmiechałam się i śmiałam choć z mojej twarzy wciąż skapywały łzy. Chciałam znów poczuć się jak kiedyś. Znów mieć 18 lat i udawać, że nic się nie stało, że oni nigdy nie wyjechali. Mogłam im wybaczyć. Zastanawiałam się czy wszystkim. Nagle usłyszałam, że ktoś wchodzi do salonu, przez drzwi wejściowe. Podniosłam wzrok. Nie widziałam, żeby wychodził. Ale nie dało się go nie zauważyć kiedy przyszedł. Był obładowany z każdej strony. Cały w kwiatach, kartkach, słodyczach, maskotkach. Roześmiałam się. Podszedł do mnie. Cała rodzina się gdzieś ulotniła w jednej chwili. Położył przede mną ten bezmiar wszystkiego. Najśmieszniejsze w tym wszystkim było to, że te wszystkie rzeczy były takie tandetne. Nigdy nie lubiłam walentynek, a kartki przyprawiały mnie o odruch wymiotny. Grube dzieci ze skrzydłami w roli kupidyna? Jeżeli tak to nasz kupidyn musiał być pijany.

Te maskotki? Co to ma znaczyć, dlaczego pies albo miś ma trzymać serce prawie tak duże jak i on? A róże? Czyż nie lepsze są kwiaty polne? Zwykłe niezapominajki? Po co komu metrowa czerwona róża? Widząc moje rozbawienie, lekko się rozluźnił.

-Dziś walentynki, pomyślałem, że może mogłabyś zostać moją? – zapytał niepewnie.

-Przykro mi, ale obiecałam Charliemu, że będę jego walentynką, spóźniłeś się.

-Może uda mi się go namówić, żeby cię zwolnił z tej obietnicy?

-Nie sądzę. Nie wiem czy nie zostaniesz zastrzelony jak się pojawisz na naszym ganku. – powiedziałam szczerze z błyskiem rozbawienia.

-Aż tak mnie nie lubi?

-Oj nie wyobrażasz sobie nawet.

Więc rozmawialiśmy, udało nam się dojść do porozumienia. Powiedział mi dlaczego tak zrobił, a ja obiecałam się w jakimś stopniu go zrozumieć, choć wiedziałam, że nie będzie to łatwe. Kiedy znów chciał mnie pocałować, nie broniłam się. Wręcz przeciwnie, przyciągnęłam go blisko do siebie. Bałam się że znów mi ucieknie. A uczucie było wspaniałe. Znów się czułam pełna, kompletna. Czułam, że mogę żyć. Wielka dziura w mojej klatce piersiowej się zabliźniła. Wiedziałam, że to jest moje miejsce na ziemi i że decyzja o powrocie była najlepszą decyzją w moim życiu. Najlepszą od ostatnich siedmiu lat. Kiedy usłyszeliśmy chrząknięcie, zerknęłam w górę. Okazało się, że mordercą nastroju był Emmet.
Ale cieszyłam się. Byłam szczęśliwa.
Mimo, że ostatnie lata były pechowe. Cierpiałam i chciałam umrzeć, teraz wiem, że dobrze zrobiłam żyjąc. Wiem, że nasze stosunki się naprawią. Będziemy szczęśliwi. Przekonałam się, że on mnie kochał i że to nie moja wina. Kiedy zabrał mnie do swojego starego pokoju, czekało na nas wielkie łóżko. Czerwone róże były wszędzie.

-Alice – powiedzieliśmy jednocześnie. Uśmiechnęliśmy się do siebie słysząc krzyk.

-Nie ma za co gołąbki.

Tak to był najlepszy wieczór w moim życiu. Długo rozmawialiśmy, później
zaczęliśmy się całować, delikatnie, zmysłowo. Nie rozumiałam słowa nie. Chciałam go. Pragnęłam, tyle czekałam. Tego dnia przeżyłam swój pierwszy raz. Było cudowanie. Ten dzień zapamiętam jako najlepszy dzień mojego życia. Szczerze mówiąc polubiłam nawet te tandetne kartki walentynkowe. Wszystko dzięki temu, że znów byłam kompletna. Wróciła moja miłość, wróciła moja rodzina. Może to dzięki temu pijanemu kupidynowi w końcu się wszystko poukładało? Szkoda tylko, że musiałam czekać aż siedem lat. Lepiej późno niż wcale. Odwróciłam się przodem do Edwarda i posłałam mu najlepszy uśmiech na jaki było mnie stać.

Koniec.


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez ola7194 dnia Pon 15:55, 21 Lut 2011, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
ola7194
Capofamiglia



Dołączył: 14 Sie 2010
Posty: 1085
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 3 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: szczecin

PostWysłany: Pon 16:07, 21 Lut 2011 Temat postu:

2.


Love? Sex. Magic!



Bar na rogu ulicy. Niby dzień jak co dzień, ale ten był inny, przynajmniej dla większości populacji. Dzień świętego Walentego. Ale co z tego, skoro niektórzy nie mają z kim świętować tego dnia? Nie mają swojej drugiej połówki jabłka, czy też pomarańczy. Są samotni, z wyboru czy też nie.

Niczego sobie brunetka siedziała przy barze, popijając piwo i bawiąc się podkładką. Wsłuchiwała się w jakąś denną melodię, która właśnie szła w radiu, od czasu do czasu spoglądając na barmana, który przewijał się w tę i z powrotem. Nie było tu tłoczno jak zawsze. Jedynie dwie pary, szepczące między sobą intymnie siedziały przy oddalonych stolikach.

Samotność. To było to, co wybrała. Singielka, której dobrze się czuła bez faceta. Bo tak na dobrą sprawę, po co jej był. Nie widziała potrzeby posiadania go. Zresztą nie wierzyła w miłość. Dla niej to pojęcie nie istniało. I dzisiejsze święto zakochanych wręcz wyśmiewała.

Usłyszała dzwoneczek zawieszony przy drzwiach, a oznajmiający, że ktoś wszedł do środka, lecz nawet się tym nie przejęła. Miała gdzieś to, że ktoś siada obok na barowym krześle i zamawia duże piwo. Bawiła się dalej podstawką, nucąc wraz z płynącą w radiu piosenką.

– Co taka dziewczyna jak ty robi w taki dzień sama w barze? – Usłyszała i zaskoczona spojrzała na swojego sąsiada.

– Pije, nie widać. Świętuję sama ze sobą. Nie można? – powiedziała, po czym przyjrzała się uważnie swojemu rozmówcy. – A co taki facet jak ty robi sam w barze? Nie świętuje ze swoją dziewczyną? Nawet gdybyś był gejem, to w niczym nie przeszkadza, by świętować ze swoją drugą połówką – dodała ze złośliwym uśmieszkiem, biorąc łyka złocistego i gorzkiego napoju.

– A co jeśli nie mam tej drugiej połówki.

– Ja też jej nie posiadam, więc już wiesz, czemu świętuję sama – odpowiedziała mu, starając się olać tę przybłędę, która przerwała jej rozmyślania, właściwie nad niczym ważnym.

– Czemu?

– Co czemu? Czemu nikogo nie mam? Czemu nikogo nie kocham? Nie wierzę w miłość. Nie wierzę w takie uczucie – wyznała szczerze, wpatrując się w zielone oczy chłopaka.

– Nie wierzysz w miłość? – spytał, spoglądając na nią oczami szerokimi ze zdziwienia. – Jak to?

– A co to jest miłość? Wyjaśnij mi to pojęcie – powiedziała, podejmując z nim konwersację, gdyż dotarło do niej, że się go już chyba nie pozbędzie. – To niby te motyle w brzuchu u kobiet i ucisk w spodniach u facetów? Sorry, ale jakoś w to nie wierzę.

– Masz rację, to tylko zauroczenie. Ale oni i oni – powiedział i wskazał na dwie pary w barze – czyż ich nie połączyła miłość?

– Zauroczenie, zadłużenie. Ale nie miłość. Spójrz na statystyki. Niby tyle małżeństw z miłości, a i tak co czwarte w ciągu kilku lat się rozpada. To jest miłość? Miłością można nazwać seks, ale to i tak nie w pełni. To w pewnym stopniu jest błędne myślenie – odpowiedziała, wypijając naraz połowę swojego piwa.

– Wiesz, miłość jest jak narkotyk. Na początku odczuwasz euforię, poddajesz się całkowicie nowemu uczuciu. A następnego dnia chcesz więcej. I choć jeszcze nie wpadłaś w nałóg, to jednak poczułaś już jej smak i wierzysz, że będziesz mogła nad nią panować. Myślisz o ukochanej osobie przez dwie minuty, a zapominasz o niej na trzy godziny. Ale z wolna przyzwyczajasz się do niej i stajesz się całkowicie zależna. Wtedy myślisz o niej trzy godziny, a zapominasz na dwie minuty. Gdy nie ma jej w pobliżu – czujesz to samo co narkomani, kiedy nie mogą zdobyć narkotyku. Oni kradną i poniżają się, by za wszelką cenę dostać to, czego tak bardzo im brak. A Ty jesteś gotowa na wszystko, by zdobyć miłość .

– Nie czaruj mi tutaj. To Paulo Coelho1. I jeśli nawet miłość rzeczywiście jest narkotykiem, to... narkotyk jest złem tego świata. Pozbawia życia wiele osób każdego dnia. Więc czy to dobre?
_________
1Paulo Coelho – Na brzegu rzeki Piedry usiadłam i płakałam...
_________

– Nie rozumiesz dalej, co? – powiedział zrezygnowany, biorąc dużego łyka swojego piwa i popatrzył na swoją towarzyszkę.

– Wybacz, ale nie.

– Miłość jest bezwarunkowa. Jest szaleństwem, ale również cierpieniem. Sprawia, że człowiek jest szczęśliwy. Ma na twarzy głupkowaty uśmieszek, myślami non stop jesteś przy tej drugiej osobie. Chcesz przy niej być, troszczyć się o nią, po prostu przytulić i zamknąć w swoich ramionach – powiedział z nadzieją w głosie. Nie mógł zrozumieć tego, że nie wie, co to miłość. Przecież to jest tak silne uczucie.

– Sorry, ale chyba nigdy tego nie pojmę – powiedziała i wsadziła sobie papierosa pomiędzy wargi.

– Przepraszam, ale tu nie wolno palić. – Usłyszała barmana, który wskazywał na dużą tabliczkę z przekreślonym papierosem.

– Pieprzona ustawa antynikotynowa – syknęła i dopiła swoje piwo do końca, po czym zaczęła się zbierać do wyjścia. Spojrzała jeszcze na swojego rozmówcę, patrząc na niego tak, by poszedł za nią i tuż po chwili oboje stali przed barem.

Z papierosem w ustach szukała po wszystkich możliwych kieszeniach zapalniczki, lecz nigdzie jej znaleźć nie mogła. A mężczyzna przypatrywał jej się uważnie, obserwując każdy, nawet najmniejszy jej ruch.

– Masz może ogień? – zapytała, gdy zauważyła, że sam wyciąga papierosa, a następnie zapaliła swojego, gdy płomień zagościł w jego dłoniach. Zaciągnęła się, a dym tytoniowy wypełnij jej płuca. Oparła się o latarnię i spojrzała na chłopaka, wpatrując się uważnie w jego oczy.

– Rozumiesz już choć odrobinę, czym jest miłość? – zapytał, a jego spojrzenie wręcz paliło.

– Może trochę, choć w dalszym ciągu nie widzę w niej sensu. Nie łatwiej być samym?

– Może i masz niewiele racji. Ale dajmy na to seks. Tak jak powiedziałaś, też jest w pewnym stopniu miłością. Więc?

– Faceta może mi zastąpić wibrator – powiedziała, a on się zaśmiał. – A tak na serio, to czy każdy facet i każda dziewczyna idą do łóżka, kochając tę drugą osobę? Odpowiedź brzmi nie. Pieprzą się tylko po to, by zaspokoić swój popęd seksualny i tyle.

– Ale są też takie pary, które idą z miłości do łóżka.

– Uparty jesteś, wiesz, ale podoba mi się to – powiedziała, wyciągając papierosa i przejeżdżając kciukiem po
swoich pełnych i kształtnych ustach.

– Ty też. Ale chodź. Pokażę ci, czym jest miłość – powiedział i wyciągnął rękę w jej kierunku. Przypatrywała mu się uważnie, szybko rozważając w głowie wszelkie za i przeciw. Aż w końcu wyrzuciła swojego peta do studzienki i chwyciła jego dłoń. Splotła ich dłonie, a dziwny, palący dreszcz przebiegł po jej plecach.

Szli pustymi ulicami miasta, a ich splecione ręce, nie rozłączyły się choćby na chwilę. Od czasu do czasu wymieniali jeszcze swoje poglądy na temat miłości, jednak większość czasu pozostawali we względnej ciszy.

Doszli do mieszkania chłopaka i ten przepuścił ją przodem w drzwiach. Nie wiedziała za bardzo, czego się spodziewać. Obróciła się do niego przodem i zatonęła w wyrazie jego spojrzenia. Nachylił się nieznacznie nad nią i delikatnie dotknął jej ust swoimi. Ostrożnie, by jej nie przestraszyć. Musnął je ponownie, chwytając ją w talii i przyciągając bliżej do siebie. Ich usta połączyły się w zsynchronizowanym pocałunku. Nigdy jeszcze takiego nie doświadczyła. Tylu emocji podczas zwykłej pieszczoty. Nieświadomie wplotła dłoń w jego zmierzwione włosy, a drugą położyła na jego policzku. Oboje zatracili się w tym pocałunku.

Powoli zaczęli nawzajem się rozbierać, idąc w kierunku jego sypialni. Alkohol we krwi robił swoje, dzięki czemu stali się bardziej śmiali. Całował jej usta, policzki, powieki, nos. Składał pocałunki na jej szyi i obojczykach. To miało być dla niej, ale również i dla niego. Oboje chcieli poznać, czym jest ta niewiadoma zwana miłością.

Leżała naga w jego łóżku, a on wielbił każdy kawałek jej ciała. Składał pocałunki na każdym jego milimetrze, nie omijając ani centymetra. Pieścił ją, całował. Po prostu wielbił. I wtedy zrozumiała, czym jest miłość. Jest magią. Czymś, czego nie da się zbadać ani opisać. Dotarło to do niej dopiero wtedy, gdy ten nieznajomy wynosił ją na piedestał. Nie czuła się kochana, bo w dalszym ciągu trudno było jej poznać to uczucie, ale czuła się wielbiona, ważna i przede wszystkim piękna.

Gdy szczytowała w jego ramionach, nie liczyło się nic innego poza tą drugą osobą. Pojęła to, o co mu chodziło. To, co przez cały czas starał jej się przekazać. Zamknął ją w swoich ramionach i nie przestał pieścić. Pierwszy raz doświadczała czegoś takiego i było jej niesamowicie dobrze.

Nie liczyło się w tej chwili to, czy go zna, czy nawet wie, jak ma na imię. Dla niej najważniejsze było to, co czuła w tym momencie. Wreszcie zrozumiała, czym jest ta niesamowita magia. To uczucie, którego dotąd nie pojmowała i nigdy nie doświadczyła.

Był nad nią, opierając się na rękach tuż obok jej głowy, by nie przygnieść jej swoim ciężarem. Dotknęła dłonią jego policzka, delikatnie go głaszcząc i patrząc na niego zamglonym spojrzeniem. Przyglądała mu się, chcąc zapamiętać każdy centymetr jego twarzy. Zmarszczki na czole, gdy marszczył swoje brwi. Długie rzęsy. Niesamowite oczy. Zadarty nos. Delikatne piegi. Wąskie usta. Ostrą linię szczęki. Aż w końcu znowu ją pocałował. Tym razem bardziej zachłannie i mimo wszystko delikatnie i czule. Przylgnął do jej ciała na tyle, by jej nie przygnieść i na nowo rozpoczął tę magiczną chwilę.

  

– Kocham cię, Edwardzie – powiedziała, leżąc w jego ramionach, a on się zaśmiał.

– Przecież nie wiesz, co to miłość i w nią nie wierzysz – wytknął jej rozbawiony, a jego dźwięczny śmiech, który tak uwielbiała, zabrzmiał w pokoju.

– Czepiasz się. I masz rację, nie wiem, co to miłość, ale wiem, co to magia. To ta chwila, w której najważniejszą osoba jest ta druga, na której ci zależy. Myślisz o niej non stop, nieprzerwanie, każdego dnia. Marzysz o niej, chcesz się do niej przytulić, pocałować. Po prostu ją poczuć – mówiła zafascynowana, patrząc mu w oczy.

– A jak ci to wtedy mówiłem, to mi nie wierzyłaś – stwierdził, przypominając sobie tamten szalony wieczór i noc.

– Oj, no bo wtedy byłam głupia – powiedziała ze śmiechem

– Nie byłaś głupia. Miałaś tylko inne zdanie na ten temat.

– Ale dzięki tobie je zmieniłam – powiedziała i złożyła całusa na jego ustach.

– Cieszę się, że mogłem ci udowodnić, czym ona naprawdę jest. Pokazać ci. Wiesz, wtedy nie wydawało mi się, że to będzie aż tak ważne, ale teraz, patrząc na to z perspektywy czasu, to... dzięki temu cię poznałem, Bello – wyznał i przytulił ją mocniej do siebie.

– Wiesz, jakby się nad tym zastanowić, to mimo że nasze każde Walentynki wyglądają tak samo, to tamte pierwsze były najlepsze. Wiem, że to trochę głupie. Nieodpowiedzialne było to, co wtedy zrobiliśmy. Poszliśmy do łóżka, nawet nie wiedząc, jak mamy na imię. Ale wtedy po raz pierwszy zrozumiałam, co to znaczy być wielbioną. To ty to zrobiłeś. I bardzo ci za to dziękuję. Chciałeś mi udowodnić, czym jest miłość i udało ci się – powiedziała i pocałowała go. Tak jak wtedy, gdy pierwszy raz się pocałowali. Delikatnie, czule, wręcz niewinnie. Na nowo chciała poczuć to, co czuła tamtego dnia.

Na nowo zatracić się w tej magicznej chwili, w której była przez swojego ukochanego wynoszona na piedestał, pieszczona i po prostu wielbiona. Bo miłość to również seks, ale przede wszystkim magia.


Koniec.


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez ola7194 dnia Pon 16:12, 21 Lut 2011, w całości zmieniany 3 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
ola7194
Capofamiglia



Dołączył: 14 Sie 2010
Posty: 1085
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 3 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: szczecin

PostWysłany: Pon 16:35, 21 Lut 2011 Temat postu:

3.

I'm Sorry, I Love You



Siedemnasty października, 1967

– Nie mogę znaleźć Alexa – mruczę do siebie głośniej, doskonale wiedząc, że mnie słyszy.

Spoglądam w jego stronę, kiedy to mówię, a on jedynie podpiera się o drzwi samochodu. Nawet na mnie nie spogląda. Dłonie krzyżuje na piersi, minę ma zaś nadąsaną, wręcz wściekłą. Jego wzrok błądzi gdzieś w przestrzeni, skutecznie mnie przy tym ignorując.

Wiem, że mnie nienawidzi. Byłam dla niego kulą u nogi, ciężarem, który teraz się za nim szlaja niczym niegdyś bezpański pies. Jednak nie powinien obwiniać mnie o to, że nasi rodzice zginęli w wypadku miesiąc temu, a ja, jako niepełnoletnia osoba, muszę mieć jeszcze opiekuna. Zaadoptował mnie Edward, ale tylko dlatego, że nie mam innej rodziny, a za równe dwa miesiące kończę osiemnaście lat.

Nie, nie jesteśmy rodzeństwem, nic nas genetycznie nie łączy.

Moja matka, Renee Swan, ponownie wyszła za mąż za niejakiego Carlisle’a Cullena. Mój ojczym posiadał jeszcze młodego syna, Edwarda, więc wychodzi na to, że to była transakcja z przystojnym dodatkiem. Nigdy nie lubiliśmy się na tyle, by to publicznie okazywać. To znaczy on nienawidził mnie i chyba również mojej matki, kiedy po ślubie musiał przeprowadzić się tutaj wraz z ojcem, który sprzedał swój poprzedni dom. Nie wiedzieć czemu, Edward zawsze uważał mnie za szczyla; niewartą uwagi osobę, za głupią, by rozmawiać z nią o wydarzeniach w kraju i na świecie, nieoczytaną. Nigdy nie dowiedziałam się, dlaczego akurat do mnie pała nienawiścią.

Ja nie kazałam ojcu młodego Cullena zakochiwać się w mojej matce, by później się jej oświadczać i wyprawiać czym prędzej wesele, jakby wpadli. To była miłość… Podobno.

Jest ode mnie starszy o pięć, czy nawet sześć lat. Szczerze mówiąc, to nie wiem, ile dokładnie, ponieważ nigdy się w to nie zagłębiałam. Studiuje na pobliskim Uniwersytecie Medycznym, a ja chodzę do liceum. Moje koleżanki, jak i inne dziewczyny z Forks, szalały za nim, wychwalając w niebogłosy jego urodę. Zazdrościły mi tego, że z nim mieszkam, nawet jeśli tylko jako przyszywane rodzeństwo. Platoniczna miłość naprawdę bywa wkurzająca, lecz nie myślałam, że i mnie może ona dopaść, wciągając w okrutne, ciemne jaskinie swymi mackami.

Nienawidzę się za to, że się w nim… podkochuję?

Niestety, ale inaczej się tego nazwać nie da.

– Zostaw już tego pchlarza – rzuca w moją stronę. – Nie mamy czasu, by szukać tej twojej czarnej osierścionej plamy.

– Nie pojadę bez niego – mówię, obchodząc cały dom już z trzeci raz z rzędu, szukając mojego kota. – Zginie tutaj sam, a ja nie chcę kiedyś spotkać jego zwłok.

– I tak byś go nie rozpoznała – prycha. – Chodź. Spóźnimy się.

– Jezu… Zamknij się – syczę do siebie tak, by nie mógł mnie usłyszeć.

– Słyszałem! – ryczy na mnie.

No, nie udało mi się.

Doskonale wiem, gdzie znajduje się mój kot, o czarnej jak smoła sierści, ale lubię od czasu do czasu trochę podroczyć się z tym rudawym dupkiem. Dobrze mi to robi na serce, kiedy mogę choć w taki sposób wyrzucić swoją nienawiść do tego uczucia. Tak, wiem, że to głupie i dziecinne, ale nic nie mogę na to poradzić. Nigdy nie chciałam się w nim zakochiwać. Ale może to nie było jednak tym, czym mi się wydawało, że jest?

Wchodząc na werandę, wyławiam zza stołka papierowe pudełko. Wyciągając z niego stare szmaty i ubrania, daję upust radości, kiedy dostrzegam Alexa. Biorąc go na ręce, przyciągam go do swojej piersi. Idąc w stronę Edwarda, oraz napakowanego naszymi rzeczami samochodu, uśmiecham się do mojego pchlarza.

– Dzięki, dzielnie się spisałeś – szepczę, głaszcząc go za uszkiem.

– Możemy już jechać do państwa Stanley’ów? – pyta dość nieuprzejmie, otwierając dla siebie drzwi kierowcy. – Czy jeszcze majtek zapomniałaś?

– Spadaj, Edward – odpowiadam, otwierając jedną ręką drzwi pasażera.

– Masz szczęście, że rodzice Jessicki, którzy udostępniają nam praktycznie za darmo pokój w tym hotelu, zgodzili się byś wzięła kota – fuka, przekręcając kluczyk w stacyjce.

– Taaa… – kpię. – Spokojnie, to tylko dwa miesiące. Wytrzymasz tyle ze mną w jednym pokoju.

– Miejmy nadzieję – mruczy, po czym rusza z szarpnięciem.

Jedziemy w kompletnej ciszy, nic nie mówiąc. Wygląda to tak, jakbyśmy byli dla siebie całkowicie obcy, ale prawda jest taka, że dobrze go znam. Myślę, że aż za dobrze, jak na tak krótki czas przebywania w jednym domu, praktycznie się do siebie nie odzywając. Wiem na przykład, jaką kawę lubi wypić z samego rana – uwielbiam zapach, który budzi mnie każdego ranka. Wiem również, co lubił czytać, czy też oglądać w telewizji do czasu, zanim nam ją odcięli za brak płatności. Bardzo lubi swój zielony podkoszulek, który aktualnie ma na sobie; wspaniale uwydatnia jego ciekawy kolor włosów i niespotykaną głębię jego szmaragdowego spojrzenia.

Odczuwam jego nastroje; wiem, kiedy jest zły i kiedy nie wchodzić mu w paradę. Uwielbiam jego głęboki, czarujący mnie śmiech, który nie raz mam okazję usłyszeć, jednak nienawidzę faktu, że nigdy nie jest spowodowany przeze mnie. Kiedy mnie widzi, nie uśmiecha się, czasem pozwolił sobie na mnie warknąć, nawet wtedy, kiedy nic mu nie zrobiłam, a na jego twarzy zawsze gości brzydki grymas.
Pomimo tego… Fascynuje mnie. Jako mężczyzna.

Drzewa ścierają się w zieloną plamę, których szczegółów nie da się dostrzec. Alex śpi głęboko na moich kolanach, grzejąc je. Uwielbiam zatapiać palce w jego ciepłe, puszyste futerko; głaskanie go, odpręża mnie. Patrzę się na jego uroczy pyszczek, bojąc się choć na chwilę spojrzeć w stronę kierującego wozem Edwarda.

Słyszę, jak wzdycha, po czym czuję jego wzrok na mojej osobie. Ciało, które przed chwilą było w miarę odprężone, ponownie spina się, oczekując od niego kolejnej dawki zażaleń lub skarg, co też zrobiłam źle. Uparcie gapię się w szybę, nie będąc w stanie odwrócić głowy. Czekam…

– Prześpij się… – mówi do mnie łagodnie, co mnie zaskakuje. – Długa droga jeszcze przed nami… Bello.

Drżę na to ostatnie słowo, co przeogromnie mnie przeraża. Ten wyraz pierwszy raz opuszcza jego usta w mojej obecności. Mam wrażenie, iż wyczuł to, iż moje odczucia są dla niego nad wyraz czytelne. Spoglądam na niego, kiedy stojąc na światłach, odwraca się w stronę tylnych siedzeń, wyciągając z dużego pudła kraciasty koc. Podając mi go, spogląda mi w oczy, uśmiechając się do mnie czule.

– Dziękuję… – kieruję te słowa w jego stronę, zabierając od niego okrycie.

Przykrywam się szczelnie kocem, uważając na mojego pchlarza, by i jemu nie zabrakło powietrza. Ponownie spoglądam w kierunku szyb, uśmiechając się na widok przybocznego znaku, iż mijamy granicę miasta.
Żegnaj, Forks.

~~~

– Edward!

Wychodząca z dużego budynku blondynka piszczy, podbiegając w stronę naszego samochodu. Siedząc w aucie, zdążam przypatrzeć się, jak biegnąc w butach na wysokich koturnach, wygląda niczym pragnąca wznieść się w górę gęś. Chichoczę cicho na ten widok, jednak ostre, przeszywające spojrzenie Cullena, daje mi do zrozumienia, że mam się uspokoić, więc niestety muszę zdusić w sobie śmiech. Ja, jak i Edward, otwieramy drzwi w tym samym momencie, jednak mnie nikt tak czule nie wita. Jessica, która jest najbardziej rozpieszczoną dziewczyną, jaką znałam, rzuca się właśnie w ramiona Edwarda, przyciskając swoje pomalowane usta do jego wiśniowych warg. Nie chcę na to patrzeć, nigdy nie chciałam przysparzać sobie jeszcze więcej dziwnego kłucia w klatce piersiowej. Nie za bardzo chciałam wiedzieć, co to jest i jak to uleczyć.

Trzymając Alexa w prawej ręce, podchodzę do tyłu samochodu, czekając, aż skończą. Jednak jakie jest moje zdziwienie, kiedy kątem oka zauważam, że rudawy dupek nie angażuje się w pocałunek tak jak dziewczyna. Cóż. Trudno. Nie obchodzi mnie to.

– Bella? – odzywa się kobiecy głos. – Ty musisz być Bella, mam rację?

– Tak – odpowiadam grzecznie, mimo że na język ciśnie mi się milion różnych słów. No a kto miałby przyjechać z Edwardem?! – Miło mi cię poznać, Jessico.

– Och, mów mi Jess – Uśmiecha się do mnie, uwieszając się szyi chłopaka. Edward próbuje zrzucić ją, odepchnąć, przy czym nie jest zbyt delikatny; jak widać nie umie okazywać przy mnie czułości do niej. Jessica… a raczej Jess, nie bierze tego za bardzo do siebie – jest zbyt śmiała, a ja boję się jej, choć tak naprawdę wiem, że nic nie może mi przecież zrobić.

– Jess… – mówię nieco zmieszana, podświadomie wymyślając plan, jak uciec z tego okropnego miejsca.

To będzie ostra jazda, ale nie wiem, kto pierwszy wyleci za szybę, tłucząc ją.

– No dobra! – krzyczy, klaszcząc w dłonie. – Chodźcie, pokaże wam wasz nowy pokój, który jest największy, jaki tylko mogłam tutaj dostać. Cóż, mamy dużo rezerwacji oraz klientów, to jedyny hotel mojego ojca w tym mieście, więc nie można się dziwić.

Cóż… Skromna.

Nic na to nie odpowiadam, kiedy biorąc z bagażnika swoją torbę podróżną, śmieję się, udając, że jest on szczery.

Niechcący, a może chcący, dotykam prawą rękę Edwarda, gdy on pomaga mi wyciągnąć kolejny mój bagaż. Długo, zbyt długo moja skóra dotyka jego własnej delikatnej, choć umięśnionej dłoni. On jednak zamiast ją cofnąć, odrzucić, czy chociażby wzdrygnąć się… nie porusza się, tylko patrzy przed siebie.

Oddech więznie mi w gardle, skóra stała się lepka od potu, serce załomotało, bojąc się tego, co będzie dalej. Czy naprawdę to przeżywałam, czy może mi się zdawało? Nie chcę ryzykować ponownym atakiem na moją osobę, więc czym prędzej odsuwam dłoń, próbując nie zdradzić swoich emocji. Jednak nie wiem, czy mi się to udaje, gdyż twarz rudego jest dla mnie niczym zamknięta na klucz księga, której otworzyć nigdy mi się nie udało; nie okazuje bowiem żadnych emocji.

Jest genialnym aktorem albo nieczułym, okrutnym człowiekiem.

Później już nie odwracam się w stronę chłopaka, gdy jego dziewczyna prowadzi nas w kierunku hoteliku. Jest bardzo piękny; okna, jak i ściany wyglądają jak z dawnej epoki, sprawiając egzotyczne wrażenie. Ogród, który majaczy mi w oddali, kusi swą zielenią jak i pięknymi kwitnącymi czerwonymi kwiatami. Nie odczuwa się tutaj jeszcze jesieni. Tu nadal trwa lato.

Masywne dębowe drzwi otwierają się przed nami, ukazując ozdobną recepcję całą z drewna. Pachnie tutaj kwiatami jak i środkiem do czyszczenia mebli. Panienka Stanley od razu prowadzi nas w stronę dużych schodów, okrytych beżowym dywanem. Alex wierci się w mych rękach, skutecznie przeszkadzając mi w chodzeniu z ciężkim i niewygodnym bagażem.

– Oprowadzę was później – mąci ciszę dziewczyna. – Na razie rozpakujcie się, odświeżcie. Potem będzie kolacja oraz mini wycieczka po budynku.

– Dziękujemy, Jessico – mówi jej Edward, kiedy otwiera przed nami kluczem drzwi pokoju numer czternaście. – Przyjdziemy, jak się tylko rozpakujemy.

Blondynka przytakuje, uśmiechając się przy tym słodko, kiedy wchodzimy do pomieszczania. Okazuje się, że jest to naprawdę duża sypialnia z dwoma łóżkami, które są stanowczo zbyt blisko siebie, oraz z nowym czarno-białym telewizorem. Zajmuję szybko pierwsze z brzegu łóżko, stawiając ciężką torbę na podłodze, po czym wypuszczam mojego kota z objęć. Stoję, podziwiając brzoskwiniowe tapety, złote żyrandole, zupełnie nie wiedząc, co mam ze sobą zrobić.

Nie wyobrażam sobie tutaj dwóch miesięcy z nim, obok mnie i to tak bardzo blisko.

– Bella… – Waha się przez chwilę, kręcąc przy tym głową. – To, co się stało… Tam na dole to… Zapomnijmy o tym, okej?

Przytakuję, przełykając ostrą gulę w gardle, w ogóle na niego nie patrząc.

– Okej… Dobrze… Więc idę po resztę naszych bagaży.

~~~~

Szesnasty listopada, 1967

Śpi, ściskając w pięści kołdrę, mocno coś przeżywając. Sen? Wspomnienia? Wygląda uroczo, wręcz niewinnie. Cienie pod powiekami uświadamiają mi, że miał długą noc wraz z dziewczyną, której imienia nie chcę i nie potrafię już wymawiać. Z każdym dniem zabiera mi to, co wydaje mi się coraz cenniejsze, warte każdego poświęcenia, lecz wiem, że nie jest to odwzajemnione.

Słabe słońce wpada przez szyby, oświetlając pokój o tak wczesnej porze. Nie śpię od trzech godzin, kiedy tylko uświadomiłam sobie, że on sam zapadł w sen. Nie mogę zasnąć, jak zawsze, kiedy wyszedł, nie mówiąc mi, gdzie się wybiera.

Zazdrość staje się coraz silniejsza, tak samo jak uczucie, którego nie mogę się pozbyć. Tak bardzo pragnę, by moja matka była tu ze mną, pocieszając mnie kubkiem gorącej czekolady i czułymi słowami. Tak bardzo potrzebuję być w czyiś ramionach, ogrzewana przez nie.

Spoglądam na jego rozchylone usta, kształtny nos, brwi, jak i kosmyk włosów, który opada na jego gładkie czoło. Próbuję się nie rozpłakać, wiedząc, że głupio postępuję, i że nie mogę tak po prostu o nim zapomnieć. Alex wyciąga się w moich nogach na kołdrze, domagając się pieszczot, ale ja nie jestem w stanie go zadowolić.

Czas mija. Został niecały miesiąc do moich urodzin, by móc pozbyć się tego uczucia, zanim wyjedzie, opuszczając mnie. Od września będę mieszkać w akademiku, a nasze drogi rozejdą się raz na zawsze. Wolę się odsunąć, pozwalając mu odetchnąć od mojej osoby. Pieniądze, jakie zostawiła mi moja matka, jak i ubezpieczenie oraz zadośćuczynienie starczą mi, pozwalając przeżyć przez długi czas. Uśmiecham się smutno do siebie, ścierając łzy rękawem mojej piżamy.

Wytrzymam. Jestem silna.

~~~~

Piętnasty grudnia, 1967

– Co…? Wietnam? – pytam, siadając powoli na łóżku.
Mój oddech przyspiesza, do oczu cisną się łzy, warga drży tak, że nie mogę jej w żaden sposób opanować. Szkolna torba z materiału opada z mego ramienia na podłogę, zakłócając ciszę. Mimo tego nadal słyszę, jak Edward szybko oddycha, szeleszcząc papierem od samego narodu Stanów Zjednoczonych Ameryki.

– Tak, Bello. W Wietnamie jest wojna, wiesz o tym przecież. Potrzebują takich ludzi jak ja, szczególnie iż jestem na dziale medycznym… – Wzdycha. – To normalne, że biorą cywilów.

– Ale… – mój głos jest niczym szept – dlaczego akurat… ty?

– A dlaczego nie? Tak trzeba…

Nawet nie jest w stanie odpowiedzieć mi na to pytanie, tak mnie nienawidzi.

Podnosząc dłoń do ust, próbuję uciszyć dźwięki wychodzące z mego gardła. Nic nie widzę przez łzy, które tak bardzo pragnę zamaskować, kiedy siada naprzeciwko mnie na łóżku.

– Kiedy? – pytam.

– Osiemnastego, w poniedziałek… W ten poniedziałek – odpowiada.

W niedzielę mam urodziny. Dzień później będzie ode mnie wolny; może robić, co chce.

~~~~

Siedemnasty grudnia, 1967

Moje osiemnaste urodziny.

Zamiast świętować, bawić się, ja siedzę w kucki na łóżku, opatulona w koc, patrząc się pustym wzrokiem w przestrzeń za oknem. Śnieg prószy, płatki opadają na oszronione drzewa. Napuszone ptaki schraniają się w konarach drzew, by nie stracić na ciepłocie. Moje ciało wzdryga się za każdym razem, kiedy przypominam sobie to, co ostatnio przeżyłam.

Śmierć matki i ojczyma. Przeprowadzka do innego miasta. Poznanie Jessicki, która z każdym dniem oddala mnie od Edwarda, który tak czy siak nigdy mnie nie pokocha jak ja jego. Moje serce krwawi z każdym dniem. Siedemnasty grudnia okazuje się zaś najgorszym z nich.

Nie potrafię dotrzeć do Cullena, w ogóle nie zwraca na mnie uwagi, nie interesuje się mną. Chcę wiedzieć, o co mu tak naprawdę chodzi, co we mnie jest tak okropnego, że aż go ode mnie odrzuca. Mam jakieś skazy, czy naprawdę chodzi o to, co zrobiła Renee, wywracając jego życie do góry nogami?

Bello… – Słyszę szept, lecz nie wiem, czy to majak, czy też prawda. Prawa strona mego ciała napina się, gdy do mnie mówi, ale ja nie mogę się odwrócić w jego stronę.

– Bello. Bello… – mówi ponownie. – Wszystkiego najlepszego…

– Dlaczego mi to robisz? – pytam. – Dlaczego tak bardzo mnie nienawidzisz? Czemu wyjeżdżasz do tego cholernego Wietnamu, Edwardzie?! – mówię ostrym, acz cichym głosem. Czuję się tak, jakbym wypluwała z siebie jad z całego mego życia.

– Nie nienawidzę cię. – Czuję, jak siada koło mnie, jego dłonie wyglądają tak, jakby chciały mnie dotknąć, a nie wiedzą jak. – Jest wręcz odwrotnie…

– Co? – Po policzku spływają mi kolejne łzy – O czym ty mówisz?

– Nienawidzę siebie za to, że muszę cię tak traktować – odpowiada, a ja wciągam szybko powietrze, nie rozumiejąc żadnych z jego słów. – Wiem o tym już od dawna… List z powiadomieniem o Wietnamie ciąży w mej kieszeni od bardzo, bardzo długiego czasu, Bello. Nie chciałem mącić ci w głowie, gdy zacząłem już zauważać, co się dzieje… Ze mną, jak i z tobą…

– A co się niby dzieje? – próbuję zakpić, ale głos mi na to nie pozwala. – Zlewasz mnie, ale dobrze, ja to akceptuję, bo co mam niby zrobić? Wracasz późno w nocy, nie informujesz mnie, gdzie byłeś, ale i tak wiem, że gździsz się z Jessicą – krzyczę.

Spoglądam na jego twarz, jego oczy są wielkie, usta lekko otwarte.

– O… o czym ty mówisz? – jąka się. – Owszem, Jessica była moją dziewczyną, ale to czas przeszły. Zerwaliśmy jakieś dwa tygodnie temu i jesteśmy tylko kolegami… Nic więcej. Myślałem, że wiesz o tym, bo…

– Wybacz. Nie, nie wiedziałam! – Przerywam mu.

– Bello, posłuchaj mnie – mówi do mnie, a ja szlocham jeszcze bardziej. – Zrozum, to nie tak! Wiem, że cię krzywdziłem i że byłem chamski! Nie… byłem skończonym idiotą, debilem, sukinsynem! – Nie mogę tego słuchać, więc czym prędzej zakrywam sobie uszy dłońmi, próbując zagłuszać go melodią, którą nucę. Edward nie poddaje się, kładzie swoje ręce na moich. Mimo mojego zaskoczenia nie szarpie nimi, by je odsunąć od mojej głowy, lecz lekko pociera skórę kciukami, odprężając mnie. Uspokajam się, po czym podnoszę głowę, spotykając jego zielone oczy. – Bello, skarbie. Wierz mi, nie chciałem cię zranić, ale… to coś, co by nas połączyło… mogłoby być potem tragiczne w skutkach. – Uśmiecha się do mnie czule. – Nie chciałem, byś potem, gdyby mnie już nie było, coś sobie zrobiła. Rozumiesz?

Jego oczy mnie hipnotyzują, nie umiem na nie patrzeć. Teraz wszystko wydaje się mieć sens, wytłumaczył mi to. Boi się o mnie. Też coś do mnie czuje, ale nie mógł się tego przyznać. Boi się, że coś mu się stanie, a ja będę to jeszcze bardziej przeżywać niż teraz. Och, jak bardzo się myli. Ja już przepadłam z kretesem, ale nie chcę i nie mogę się od tego uwolnić. Jednak… boję się.

Jego długie palce masują skórę na moich barkach, teraz mam na nich dreszcze. Czuję zimny wiatr na moich plecach, jednak coś od środka mnie rozpala. Czuję jego zapach, jak i bliskość. Jego usta są tak blisko mnie; pochylę się i mogę je pocałować.

– Kochaj mnie… – mówię.

– Co…? – pyta. Widzę, jak drży, gdy patrzy w me oczy coraz głębiej i głębiej, szukając odpowiedzi na moje słowa. – Bello, nie wiem, czy to jest…

– Kochaj… – Przerywam mu, po czym pochylam się do jego ust, zagarniając jego dolną wargę w swoją. Smakuje wyśmienicie. Niczym miód. Jednak nie odpowiada na mój pocałunek. – Kochaj mnie… Teraz… Proszę – szepczę do jego ust, całując je ponownie. Niepewnie dotykam dłonią jego brzucha. Czuję, jak mięśnie spinają się pod moim dotykiem, po czym on reaguje na moją pieszczotę.

Pocałunek jest powolny, ckliwy, ale nie przyspiesza. W moich uszach huczy krew, serce bije szybko, a odgłosy naszych słodkich pieszczot są dla mnie nad wyraz słyszalne. Nie mogę pohamować moich dłoni, które pragną dotykać każdy cal jego ciała. To samo dzieje się i z nim, kiedy niepewnie, jakby się bojąc, wsuwa palce pod moją bluzkę. Opuszki u jego dłoni dotykają mojej nagiej skóry brzucha, a ja nie mogę oprzeć się swoim jękom, jak i narastającym pragnieniom.

Nie wiem, co się ze mną dzieje, kiedy mój oddech przyspiesza, gdy ręce stają się coraz bardziej niecierpliwe, a pomiędzy moimi nogami robi się gorąco i wilgotno. Pomimo mojego strachu przed nieznanym siadam na nim okrakiem. Czuję się zdesperowana, robię wszystko intuicyjnie; pragnę go tak bardzo. Moje zachowanie jest inne niż zwykle, nie umiem poznać samej siebie.

Kiedy moja koszulka ląduje na podłodze, spoglądam mu w oczy, po czym uśmiecham się. Odwzajemnia go. Całuje moją szyję, obojczyk i piersi, a ja próbuję sama zdjąć z niego koszulę. Chłopak pomaga mi, po czym materiał ląduje na sąsiednim łóżku. Pieści moje plecy dłońmi, delikatnie sprowadzając moje ciało w dół tak, bym mogła się położyć na łóżku. Jego ciepły i wilgotny język rysuje mokre ślady od moich warg, poprzez piersi, aż w końcu zaczepia o pasek moich spodni. Jego palce odpinają guzik, odsuwają z cichym metalicznym dźwiękiem suwak. Pociąga za prawą nogawkę, zsuwając ją z moich nóg, po czym z prawą robi dokładnie to samo.

Edward korzysta z tego, że klęczy koło mnie, więc sam zdejmuje swoje spodnie. One również dołączają do moich.

Jego ciało przyciska mnie do materaca, kiedy kładzie się na mnie. Jego dłonie muskają moją skórę na brzuchu, język krąży niebezpiecznie blisko środka moich nóg. Moje ciało jest cały czas napięte, nic nie robię,oprócz ściskania kołdry po bokach mojego tułowia.

– Odpręż się… – szepcze, po czym delikatnie wsuwa palec pod materiał bielizny, ściągając ją. Wciągam głośniej powietrze. – Cii… Bello, odpręż się…

Rysując palcami kółeczka na moich udach, odprężam się pod wpływem jego dotyku. Jednak mój oddech ponownie przyspiesza, kiedy wiem, co się dzieje, po czym bierze mnie w pełne posiadanie…

~~~~

Osiemnasty grudnia, 1967

Nie mogę zasnąć.

Cały czas myśli kotłują się w mojej głowie, przetwarzając to, co się stało. Kiedy Edward przytulał mnie przez całą noc, czułam się inaczej niż do tej pory. Bycie obejmowaną przez matkę, przyjaciółkę, to inne uczucie niż bycie przytulaną przez mężczyznę, z którym przeżyło się niesamowitą chwilę w całym moim życiu. Całował, pieścił, czcił moje ciało, a ja to uwielbiałam. Nigdy tego nie zapomnę.

Nie chcę.

Budzę się rano, czuję się samotna i oszukana, kiedy uświadamiam sobie, że go już ze mną nie ma. Nie obudził mnie, gdy wychodził o świcie. Podrywam się, próbując zakryć swoje nagie ciało zimną już kołdrą. Rozglądam się po pokoju, widząc, że z podłogi, jak i z otwartych szafek, zniknęły ubrania.

Odszedł. Zostawił mnie… Dla wojny.

Wstając z łóżka, czuję zaschniętą krew na moich udach jak i prześcieradle. Rozglądam się, poszukując jakieś kartki lub innej wiadomości. Jednak na razie niczego nie znajduję prócz pustki. Cofam się w stronę łóżka, chcąc zobaczyć na moim starym zegarku, która jest godzina. Obok niego leży prezent, który jak mniemam jest dla mnie. Uśmiecham się.

Kartka. A na niej narysowane czarnym atramentem serce.

~~~~

Dwudziesty czwarty grudnia, 1967

Wigilia.

Mija dokładnie siedem dni i parę godzin, kiedy ostatni raz go widziałam. Nie mam od niego żadnych wieści.

Żadnego telefonu. Listu. Niczego.

Moja wyobraźnia wymyśla nowe teorie, dlaczego się ze mną nie kontaktuje. Zajęta myśleniem tylko o nim głowa,wymyśla coraz to nowe miejsca i sytuacje, w których może się aktualnie znajdować. Moje zakochane serce wije się niecierpliwie i krwawi na myśl, że coś mogło mu się stać, a ja o tym nie wiem. Krążę bez celu po pokoju, szukając dla siebie odpowiedniego miejsca. Jednak nigdzie go nie znajduję.

Spoglądam na kartkę przyczepioną plastrem do mojej ściany nad łóżkiem. Serce.

Ja też cię kocham, Edwardzie.

~~~~

Trzydziesty pierwszy grudnia, 1967

Sylwester.

Wariuję. Nic nie wiem. Nie mam żadnych informacji. W telewizji też nic nie mówią. John Kennedy nie cofa wojsk z Wietnamu.

Moje serce umiera.

~~~~

Czternasty luty, 1968

Mój świat zawala się niczym domek z kart. Nie mam już nic, co kochałam. Czego pragnęłam, co było dla mnie cenniejsze niż zwykłe powietrze. Po co mam spać, by potem co rano się budzić? Po co mam jeść, by dostarczać swojemu organizmowi składników odżywczych? Po co żyć?

Nie widzę sensu, by jedno istnienie przytrzymywało mnie przy życiu, kiedy nie ma i nie będzie przy mnie jedynej ważnej dla mnie osoby.

W prawej ręce trzymam wyrok, jaki wydał na mnie Bóg. W lewej zaś trzymam list, który informuje mnie o karze, jaka była dla mnie zapisana od chwili moich narodzin. Co ja takiego zrobiłam? Czym sobie na to zasłużyłam?
Wyniki badań krwi ciążą w mej dłoni. Na kartce widnieje jedyne słowo, które mnie załamuje: ciąża.

Z drugiego listu dowiaduję się, że nie ma już na tym świecie Edwarda. Zginął. Zabrały go z dala ode mnie czarne macki wojny. Zakopały go w starej dżungli, zakrywając liśćmi, kurzem, zapachem krwi i innymi niewinnymi martwymi ciałami.

O czym mam teraz myśleć? Co mam począć?

Dostałam wieści, na które tak dzielnie wyczekiwałam. I co z tego mam?

Śmierć, ból, łzy, niedowierzanie, strach… nowe życie.

Lecz nie moje, nie jego. A nasze.

Stojąc przed lustrem w łazience, patrzę się w swoje czerwone od płaczu oczy. Ten dzień męczy mnie już, pragnę, by znikł, by wymazano go raz na zawsze z kart mego życia. Walentynki roku tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego ósmego. To szczęśliwy dzień dla zakochanych. Lecz nie dla mnie. Nie dla nas. Pragnę być szczęśliwa. Pragnę dzielić się z nim smutkami, radościami, niepewnościami. Mój Edward.

Wszystko skończyło się, zanim na dobre się zaczęło. Zabrano mi go, a nawet nie miałam okazji nacieszyć się jego obecnością. Jego oddechem, miłością, uśmiechem skierowanym do mnie. Jego pocałunkami, pieszczotami, czułym dotykiem.

Zabrano mi cię, oddzielono nas. Byłeś jedynym fundamentem mego życia, podporą, na której poprzez nadzieję, że wrócisz, chciałam zbudować na nowo moje życie. Boże, czemu mnie tak nienawidzisz, odbierając mi moją matkę, a potem Edwarda? Dajesz mi w zamian nowe życie, którego nie planowałam i nie wiem, czy chcę? Nikt i nic nie zastąpi mi jego miłości. Nie nauczę się go kochać tak, jakbym sama chciała być kochana. Czy Edward by tego chciał? Na pewno pragnąłby mojego szczęścia? Będę szczęśliwa. Ale tylko wtedy, gdy będziemy razem. We trójkę. Jednak to owo szczęście, to on sam… Jak mogę egzystować, gdy nie ma przy mnie jego, mego serca. Nie umiem bez niego żyć… Nie umiem istnieć bez serca.

Wybacz mi, lecz już wybrałam. Czekaj na mnie, przygarnij mnie w swoje ramiona. Ucałuj na powitanie. Chroń mnie. Kochaj mnie, Edwardzie.


Kartki upadają na podłogę, gdy decyduję się na ten krok. Ręka wysuwa się bardzo powoli, chcąc złapać za brzytwę, którą zostawił. Przypatruję się jej uważnie, starając się otrzeć łzy z mego policzka drugą ręką. Rzecz wydaje się być ostra, widać, że jest nowa i rzadko używana. Podnoszę ją lekko w górę, podziwiając w świetle. Światło odbija się, oślepiając mnie na krótką chwilę. Chwytam definitywnie za drewnianą rękojeść. Jestem gotowa. Ostatni raz patrzę sobie w oczy, szukając w nich jakichkolwiek wątpliwości. Nie widzę ich. Działam.

Ostry brzeg dotyka me ciało, raniąc mnie. Krew rozbryzguje się, formując się w ciemnoczerwone smugi na mojej dłoni. Palce kurczą się z bólu, po czym znów prostują się w wyrazie dziwnej ulgi. Czuję, jak ostrze przemieszcza się coraz głębiej, lecz nie przestaję, ranię się bardziej. W oczach rozmywa się czerń, nie widzę już tak dobrze jak przed chwilą. Słyszę mój oddech, który niebezpiecznie przyspiesza, nie mogąc się uspokoić. Klatka piersiowa porusza się szybko, lecz nie wiem, czy mi się to nie zdaje. Ponownie spoglądam na siebie w lustrze. Moje usta formują się w uśmiech, zanim uświadamiam sobie, że upadam na zimną powierzchnię.

Teraz jestem szczęśliwa, Edwardzie.

~~~~

Nie opowiem Wam, jak zginęli…
Lecz opowiem Wam, jak żyją.
W magicznym to raju, dostępnym dla spragnionych siebie kochających dusz…
Tańczą radośnie przy dźwiękach harf słodkich Cherubinów,
okazując sobie wzajemnie swą miłość.
Głęboką. Silną. Wieczną.

Memento Mori…


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
ola7194
Capofamiglia



Dołączył: 14 Sie 2010
Posty: 1085
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 3 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: szczecin

PostWysłany: Pon 17:11, 21 Lut 2011 Temat postu:

4.

Time of Love


Bella Swan wpędzi mnie kiedyś do grobu.

Poważnie. Wcale nie dramatyzuję. Isabella Marie Swan, wielka fanka karmelowego frapuccino, pewnego pięknego dnia – nie pytajcie, skąd wiem, że będzie akurat taki, a nie inny – wpędzi mnie do grobu. I będę martwy. Szczęśliwy jak cholera, ale martwy.

Sytuacja, że tak powiem, nie za ciekawa.

Myślałem o tym przez cały czas przyrządzania tego głupiego frapuccino. Można by powiedzieć, że Bella była troszkę uzależniona . Tak mi się przynajmniej wydaje. Kto normalny przychodzi do Starbucks dwa razy dziennie i zamawia zawsze to samo?

Z drugiej strony, powinienem dziękować bogom wszelakich uzależnień. Albo lepiej, wybudować im świątynię i odprawiać tam modły każdego ranka. Może nawet założyć religię im poświęconą. W końcu to dzięki nim widuję Bellę, obiekt mojej chorej obsesji, dwa razy dziennie. Co prawda, w dziewięciu na dziesięć wspomnianych spotkań, robię z siebie kompletnego idiotę i mam ochotę zapaść się pod ziemię, niemniej ją widuję. Nieraz nawet uda mi się powiedzieć coś logicznego, czy nawet zabawnego...

Ach.

Totalnie, bogom uzależnień należy się świątynia.

Cullen, jesteś tak cholernie dziwaczny, że aż mi ciebie szkoda.

Westchnąłem głęboko, przyznając rację mojemu wewnętrznemu głosowi. Byłem dziwakiem odkąd pamiętam. Inaczej wyglądałem, inaczej się ubierałem, miałem inne zainteresowania... No i byłem troszeczkę niezdarny. A przez „troszeczkę niezdarny”, mam na myśli „tak cholernie nieśmiały i gapowaty, że robię z siebie durnia przy każdej nadarzającej się okazji”.

– Czy mi się wydaje, czy Bella czeka na swoją kawę już dobre dziesięć minut? Edward, ogarnij się i zanieś jej to cholerne frapuccino! – syknęła Victoria vel. Sucza Szefowa.

– Idę, idę – wymamrotałem, chwytając plastikowy kubeczek, podpisany jako „Bella” i kierując się ku stolikowi przy którym siedziała. Mimo że widywałem ją dwa razy dziennie, jej uroda zawsze zapierała mi dech w piersiach. I nie dbam o to, jak lamersko i niemęsko to brzmiało. Siedziała na swoim ulubionym miejscu, w samym rogu kawiarni; całą uwagę skupiała na ekranie swojego laptopa. Na jej twarzy gościł delikatny uśmiech, a kosmyk włosów bezwiednie nawijała na palce i...

Ooo, witaj erekcjo. Jakże dawno cię nie miałem. Z dobre cztery godziny!

To niestety był efekt uboczny mojej niezdrowej obsesji na punkcie Belli Swan. Zawstydziłbym niejednego nastolatka z moim wzwodem na zawołanie. Serio, wystarczyło, że ona znalazła się w zasięgu mojego wzroku i natychmiastowy twardziel był gwarantowany.

Żyłem w ciągłym bólu. Gdybym nie był tak nią zauroczony, przysięgam, że bym jej nienawidził. Jakim cudem miała mieć większą władzę nad Bruce'm, niż ja?

Tak, nazwałem swojego penisa Bruce Wszechmogący.

Nie osądzajcie mnie.

Jakby się nad tym dłużej zastanowić, nadawałem się do psychiatryka.

No, nieważne.

Chciałem, żeby dziś było inaczej. Żeby Bella zobaczyła, że mimo tych wszystkich dziwactw, Edward Cullen to tak naprawdę inteligentny i dobrze wychowany młody mężczyzna.

JesteśwstanietozrobićJesteśwstanietozrobićJesteśwstanietozrobićJesteśwstaniet...

O kurwa.

Byłem tak skupiony na podnoszeniu mojej samooceny i pokrzepianiu samego siebie, że nie zauważyłem niezasuniętego krzesła na swojej drodze.

Trzy rzeczy wydarzyły się jednocześnie: Próbowałem utrzymać w pozycji stojącej wyślizgujący się z mych rąk kubeczek. Wieczko się otworzyło. Lodowate, karmelowe frapuccino przyozdobiło białą sukienkę Belli Swan.

Boże, jeśli istniejesz, zabij mnie teraz, jak tu stoję. Po co to przedłużać? Miejmy to z głowy, co?

Po epickim pisku, który wydobył się z gardła Belli, gdy tylko zimny napój zetknął się z jej porcelanową skórą, w całym pomieszczeniu zapanowała idealna cisza. Wszyscy pewnie w najlepsze bawili się moim kosztem. Ale nie dbałem o to; najbardziej bałem się reakcji poszkodowanej.

Wylać kawę na dziewczynę swoich marzeń? Brawo, Cullen. Tylko Ty mogłeś coś takiego wywinąć.

W tym momencie należało podziękować bogom wszelakich uzależnień. Nawet nie chciałem myśleć, co by się stało, gdyby ta kawa była gorąca...

Kurczowo ściskałem kciuki w oczekiwaniu na reakcję Belli. Gdy tylko nasze oczy się spotkały, czułem, jak oblewam się bodaj najsilniejszym rumieńcem w mojej bogatej karierze.

Spodziewałem się wszystkiego – krzyków, szantażu, zastraszania, żądania odszkodowania... Nie byłem jednak przygotowany na rzeczywistą reakcję Belli.

– Moja sukienka – jęknęła, po czym... zaczęła się śmiać.

Diabolicznie.

Byłem trochę przerażony.

– Bardzo, ale to bardzo panią przepraszam – wymamrotałem. – Za wszystko zapłacę, obiecuję. Jestem pewien, że uda się uratować pani ubranie. Boże, jaka ze mnie niezdara! Nie mogę uwierzyć, że byłem tak nieuważny...

– Daj spokój – przerwała mój żałosny lament, uśmiechając się w moim kierunku. – Nic takiego się nie stało, to nie Twoja wina. Każdemu mogło się zdarzyć.

– Ależ nie... Zaraz, gdzie pani idzie? – wykrzyknąłem, widząc, że Bella zaczyna zbierać się do wyjścia. – Niech pani zaczeka, zaraz przygotuję nowe frapuccino, na mój koszt.

– Muszę biec sprać tę plamę – odparła, a ja chciałem się kopnąć w tyłek za zadanie tak idiotycznego pytania. Przecież to było oczywiste. Plama równa się problem, problem równa się pralnia. Duh! Za swój brak umiejętności kojarzenia faktów winiłem jednak to, że dzięki mokrej sukience, mogłem gapić się na różowy, koronkowy stanik Belli.

Kto by pomyślał, że mogę się zrobić jeszcze twardszy...

– Jest pani pewna, że nie potrzebuje pani mojej pomocy?

– Tak, w stu procentach. Do zobaczenia jutro, Edwardzie – krzyknęła przez ramię i wybiegła z kawiarni.

Byłem pewien trzech rzeczy.

Po pierwsze, Bella Swan wydaje się być najsłodszą osobą, jaką spotkałem.

Po drugie, nie wiem skąd, ale najwidoczniej zna moje imię.

A po trzecie – Bruce i ja zakochaliśmy się w jej różowym staniku. I jego zawartości.

To tak przy okazji.

>> *** <<

– Hej, Charlotte – zawołałem, wchodząc do pralni znajdującej się nieopodal mojego mieszkania. Uśmiechnąłem się, spostrzegłszy, że byłem sam. To właśnie dlatego przychodziłem tu tak późno – prawdopodobieństwo zrobienia z siebie kretyna na oczach innych malało dość znacząco.

– Witaj, Edwardzie – odparła Char. – Gdybyś potrzebował pomocy, będę na zapleczu. Albo po prostu poproś Bellę. Jestem pewna, że dopilnuje, aby nie wydarzyła się tu żadna katastrofa z Tobą w roli głównej – zaśmiała się.

– Hej! – zaprotestowałem. – Nie jestem aż tak beznadziejny. I w ogó– przerwałem, gdyż właśnie w tym momencie mój mózg przetworzył pewną dość istotną informację.

Coś o Belli.

Zaraz...

Rozejrzałem się dokoła i prawie dostałem zawału, gdy moje oczy spoczęły na małej kobietce, siedzącej po turecku na podłodze. Kobietka ta, dziwnym zbiegiem okoliczności, była moją Bellą.

Chłopie, od kiedy panna Swan jest Twoją Bellą, co?

– Dobry wieczór, Edwardzie – odezwała się, uśmiechając się w moim kierunku.

– Dobry wieczór – zawahałem się – panno Swan.

– Jaka tam „panno Swan”. Mów mi Bella.

– Bella – powtórzyłem, testując brzmienie jej imienia w moich ustach. Moja Piękna.

– Nie spodziewałam się ciebie tutaj spotkać. Szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że żaden normalny człowiek nie robi prania przed północą – zachichotała.

– Pewnie już zauważyłaś, że ja do normalnych nie należę – również się zaśmiałem, rozpoczynając sortowanie swoich brudów. – Bardzo Cię przepraszam za ten incydent z kawą. Nie wiem, jak to się stało.

– Oh, nie przejmuj się. Nie dbam o tę sukienkę. – Przez moment oboje byliśmy cicho. Bałem się podnieść wzrok, gdyż czułem, że mnie obserwuje. Było to miłe, a zarazem trochę peszące.

– Mogę cię o coś spytać?

– Pewnie – wyszeptałem.

– Dlaczego... uhh, dlaczego przyszedłeś tu tak późno? – Z nagła zaczęła unikać mojego wzroku, byłem więc pewien, że oryginalnie chciała spytać o coś innego.

– Szczerze? Nie lubię ludzi. Nie zrozum mnie źle, mam paru przyjaciół... ale generalnie nie lubię być w zatłoczonych miejscach. Mam wrażenie, że wszyscy się na mnie patrzą, a że nie jestem jakoś specjalnie skoordynowany ruchowo, zawsze robię coś głupiego. – Zdałem sobie sprawę, jak żałośnie to brzmi dopiero wypowiedziawszy to na głos. W duchu walnąłem się łeb za bycie takim dziwakiem i z frustracją szarpnąłem włosy.

Bella pokiwała głową i przerzuciła czerwoną koszulkę na inną stertę prania, uśmiechając się przy tym szerzej.

Dziewczyny i ta ich obsesja na punkcie kolorów...

– Trochę to dziwne, przyznaj. Pracujesz w kawiarni Starbucks; każdego dnia przewija się przez nią mnóstwo ludzi. Musi to być dla Ciebie trudne.

– I jest. Ale dzięki tej pracy stać mnie na utrzymanie mieszkania. Nie mogę narzekać.

– Czyli studiujesz?

– Owszem. – Bella znów się zaśmiała. Spojrzałem na nią pytająco; czy to takie dziwne, że studiuję? Czy wyglądam na durnia?

O mój Boże, tak właściwie, to tak jest - wyglądam na durnia. Myśli, że jestem głupi. I nie należy jej się dziwić, biorąc pod uwagę to, jak się zachowuję.

– Nie śmieję się z Ciebie, nie. Raczej z sytuacji. Przychodzę do Starbucks dwa razy dziennie od dobrych paru miesięcy. I przez cały ten czas nie dowiedziałam się o Tobie tylu rzeczy, jak przez te parę minut.

Trzeba było przyznać, że Bella miała rację. Nasza rozmowa przebiegała zbyt bezboleśnie. Ani razu się nie zająknąłem, czy nie palnąłem czegoś idiotycznego. A to mogło oznaczać tylko jedno...

Prawdziwa katastrofa nadchodziła.
Strzeżcie się wszyscy, którzy tu jesteście.
Czyli ja i Bella. I Charlotte.
Ale głównie ja.

– Opowiedz mi coś o sobie – powiedziała po chwili milczenia. – Proszę. – Jak ja miałem odmówić tym oczom? No jak? Nijak, ot co.

Absolutny brak silnej woli zrobił swoje i zacząłem mówić.

Opowiedziałem jej prawie wszystko; począwszy od dzieciństwa i okropnych lat szkolnych, przez ulubiony kolor i bajkę z dzieciństwa. Bella od czasu do czasu dorzucała coś od siebie, dzięki czemu dowiedziałem się, że właśnie skończyła dwadzieścia jeden lat, pochodziła z małego miasteczka w stanie Waszyngton i studiowała język angielski. Gdy napomknąłem o mojej chorej fascynacji sitcomem „Scrubs”, prawie umarłem.

– Nie do wiary! Ty też to oglądasz? Kocham Doktora Cox'a i jego chory związek z Jordan! – Wykrzyknęła słysząc moje wyznanie.

Wtedy właśnie wiedziałem, że spotkałem kobietę moich marzeń.

I podjąłem decyzję.

Ja, Edward Cullen, sprawię, że Bella Swan się we mnie zakocha.

>> *** <<

Gdy tylko przekroczyłem próg mieszkania, bezceremonialnie opadłem na stojący nieopodal wejścia fotel, skutecznie rozrzuciwszy moje starannie złożone pranie na wszystkie strony.
Jeszcze nigdy tak dokładnie nie złożyłem swoich ciuchów.
Ale była to część mojego genialnego wprost planu; im dokładniej składałem każdą koszulkę, tym dłużej to zajmowało, a tym samym spędzałem z Bellą więcej czasu.

Mentalna piątka, Cullen.

– Gdzie Ty się podziewałeś, Edwardzie! Czekałem z kolacją, mieliśmy ją spędzić razem! Nie możesz mnie tak wystawiać do wiatru! To boli! O, tutaj! – Jasper teatralnie uderzył się w pierś.

– Jesteś och-tak-bardzo zabawny. Ha, ha.

– Jestem zajebisty, wiem. Co się tak dziwnie uśmiechasz, stary nudziarzu? Kogoś spotkał w tej pralni, huh? – Nagle jego oczy zrobiły się okrągłe jak pięciozłotówki. – Nie możliwe! Czyżby Edward Cullen w końcu zaliczył?

– Goń się – burknąłem i wstałem, kierując się do swojego pokoju. Oczywiście, mój głupkowaty współlokator powlókł się za mną.

– Dobra, przepraszam. Przesadziłem. Opowiadaj, co się stało.

Westchnąłem i przetarłem twarz rękoma. Nie miałem wyboru. Jasper był moim jedynym przyjacielem. Znaliśmy się od podstawówki i jakimś dziwnym splotem niewyjaśnionych wydarzeń – podejrzewałem interwencję kosmitów – największy playboy i największy dziwak byli też najlepszymi kumplami.

– Dziś w pracy wylałem kawę na Bellę.

– Whoa, czekaj. Na tę Bellę? TĘ Bellę?

– Chłopie, a czy znasz inną Bellę?

– No nie. Racja. Kontynuuj.

– Wylałem na nią kawę. A mówiąc dokładniej, wylałem karmelowe-kurwa-frapuccino na jej bielutką sukienkę. Nie zgodziła się na zapłacenie za szkody... No i teraz spotkałem ją w pralni. I rozmawialiśmy. Przez trzy godziny. Rozumiesz?

Jasper milczał przez dłuższą chwilę. Za to właśnie tak go ceniłem – potrafił żartować, ale gdy sytuacja tego wymagała, był zawsze niesamowicie poważny i, co tu dużo mówić, cholernie pomocny. Tę krótką pauzę wykorzystałem jednak by powiedzieć coś istotnego, zanim zabraknie mi odwagi.

– Chcę, żeby mnie pokochała – wyszeptałem.

– O cholera. Aż tak? – Przytaknąłem. To była dziewczyna moich marzeń. Nie było sensu owijać w bawełnę.

– Stary, siedzisz w tym po uszy. Ale ciesz się i raduj - masz do dyspozycji sławnego na mieście Jaspera Whitlocka, bożyszcza wszystkich pań!

– Bożyszcza? – prychnąłem. – Miałeś na myśli męską dziwkę, huh?

– Nie zagalopuj się, Edwardzie. Krzywdzisz mnie. – Znów się zgrywał. To bywało irytujące. – Za tydzień Walentynki. Idealna okazja by zaprosić Bellę na randkę, prawda? Proste, acz genialne. Ot, cały ja.

– Walentynki są tak niesamowicie komercyjne i sztuczne...

– Oj, zamknij się! Komercyjne, niekomercyjne, Walentynki to Święto Zakochanych. Każda laska jest bardziej... uczuciowa, w ten dzień. To sprawka hormonów, czy coś. Zaskocz ją, zrób coś oryginalnego. Choć raz w życiu wykorzystaj to swoje wysokie IQ do czegoś pożytecznego. Ani się nie obejrzysz, a Bella będzie twoja. Może wtedy zaliczysz i przestaniesz być taki marudny – dodał po cichu.

Zignorowałem jego debilną uwagę, bo kto jak kto, ale ja marudny na pewno nie byłem.

Mimo mojej olbrzymiej niechęci do idei Walentynek – czerwonych serduszek, karteczek ze sztucznymi wyznaniami i par obmacujących się w każdym możliwym miejscu – ten pomysł wydawał się tak właściwie całkiem niezły. Zdałem sobie sprawę, że może ta nienawiść wynikała z faktu bycia singlem. Nagle zacząłem patrzeć na to z zupełnie innej perspektywy i wyobraziwszy się jak cudownie byłoby okazać Belli to, co do niej czuję, uśmiechnąłem się szeroko. Jasper zaśmiał się, wyczuwając, że jego pomysł przeszedł.

– Widzisz? Mówiłem Ci, że jestem genialny. Nie musisz udawać kogoś, kim nie jesteś. Wykorzystaj samo istnienie Walentynek, niekoniecznie te durne zwyczaje. Pomyśl, pokombinuj. Pokaż Belli, że ci na niej zależy.

– Wisisz mi piwo – dodał po chwili. Cały Jasper.

>> *** <<

Spotkanie w pralni było punktem zwrotnym w znajomości mojej i Belli. Od tamtej chwili, gdy tylko przekraczała próg Starbucks, uśmiechała się w moim kierunku. Ja ze swej strony, zawsze starałem się nawiązać jakiś kontakt: zapytać ją, jak mija dzień, czy też jakie ma plany na wieczór. Byłem z siebie dumny jak cholera, biorąc pod uwagę fakt, jak niezdarnie mi to wszystko szło.

Serio, misją życia każdej dziewczyny było spowodowanie udaru mózgu u faceta.

To musi być potwierdzone klinicznie, na pewno!

Zadziwiające było to, jak szybko Bella z pięknej nieznajomej, stała się jedną z bliższych mi osób.

Dni poprzedzające Walentynki mijały zdecydowanie za szybko. Pomiędzy pracą a studiami nie miałem czasu, by usiąść i zastanowić się, czym by tu można oczarować Bellę. Stawałem się coraz bardziej nerwowy i coraz bardziej skłonny do sięgnięcia po ostateczną ostateczność.

Mówiąc „ostateczna ostateczność”, mam na myśli skontaktowanie się z osobą, z którą powinno się kontaktować tylko w ostatecznych sytuacjach, typu śmiertelna-pułapka-bez-jakiegokolwiek-wyjścia-która-zabiła-już-całe-życie-na-ziemi-oprócz-niej.

Alice.

Alice, czyli dziewczyna, która sprawiła, że Męska Dziwka (Jasper) jest teraz potulnym i wiernym narzeczonym, całkowicie oddanym tej jedynej.

W wolnym tłumaczeniu, Jasper jest teraz jej dziwką.

A ja byłem naprawdę zdesperowany.

Zadzwoniłem do Alice dwa dni przed Świętem Zakochanych. Pierwsze piętnaście minut słuchałem dźwięków, które na wieki zrujnowały moje kanaliki słuchowe, wyrażających jej niezmierną radość, jaką napawał ją fakt, że w końcu znalazłem dziewczynę. Najwidoczniej wszyscy znajomi spisali mnie na straty.

Edward Cullen, wieczny prawiczek.

Bosko.

Mimo wszystko, rozmowa z dziewczyną – nawet jeśli była nią Mary Alice Brandon – rzuciła inne światło na parę spraw. I możliwe, że podsunęła mi pewien pomysł.

Cholera, będę im się musiał jakoś odwdzięczyć.

Zafrasowany kwestią walentynkowej niespodzianki, zupełnie mechanicznie wszedłem na profil Belli na facebook'u. Przyznaję się bez bicia, szpiegowałem jej tablicę od paru miesięcy.
Jeśli czegoś bardzo chcesz, musisz w tym kierunku coś zrobić, prawda?

Z tą myślą, potwierdziłem wolę dodania Isabelli Swan do moich znajomych.
O Boże, chyba umrę.

Zmieniasz się w dziewczynę, Edwardzie. Może czas oddać Belli jądra i zacząć kupować tampony, huh?

Ignorując wewnętrzny głos, który apelował o trzymanie się resztek mojej męskości, szybko sprawdziłem powiadomienie otrzymane chwilę temu.

Bella Swan przyjęła Cię do grona swoich znajomych.

Bella Swan przyjęła mnie do grona swoich znajomych.
O kurwa.
Jestem znajomym Belli. Facebook to oficjalnie potwierdza.
Wewnętrzny głos apelujący o trzymanie się resztek mojej męskości był przerażony mentalnym tańcem radości, który wykonałem.

Cześć.

O Boże, Bella napisała do mnie na czacie.
Pierwsza.
Z własnej woli.
Z przykrością stwierdziłem, że jeszcze nigdy w życiu nikt tego nie zrobił. Kolejny dowód na to, że do tej pory wiodłem dobitnie żałosne życie.

Dziękuję za zaakceptowanie zaproszenia - odpisałem.

Przecież jesteśmy znajomymi, nieprawdaż? Sama dawno chciałam to zrobić, ale bałam się, że uznasz mnie za natręta.

Ty też odwiedzasz mój profil?

Nie potwierdzam, nie zaprzeczam.
Wink


Emotikonka? Serio? Tylko na tyle Cię stać, Edwardzie?

Cieszę się, że mnie zaprosiłeś. Będę mogła być na bieżąco z Twoimi planami.

A propos. Co robisz w Walentynki?

Nie mam towarzystwa – nie mam planów, więc najprawdopodobniej spędzę ten dzień z moim kotem, chociaż on nie jest zbyt rozrywkowym typem Wink

Któż wie, może w tym roku coś się zmieni?

Któż wie, dokładnie. Jeszcze raz dzięki za zaproszenie. Do zobaczenia jutro.

Nie było sensu zaprzeczać; byłem zachwycony.

Bella nie miała chłopaka.
I była sama w Walentynki.
Oba problemy miałem zamiar rozwiązać w niedalekiej przyszłości.

>> *** <<

– Witaj, Edwardzie – powiedziała Bella, wchodząc do kawiarni w ten poniedziałkowy poranek. Były Walentynki, a ja miałem zamiar ją dziś oczarować. Alice była bardzo zadowolona z mojego planu i doszła do wniosku, że sama by tego lepiej nie wymyśliła, co, parafrazuję, powinno napawać mnie wielką dumą, biorąc pod uwagę, jak cudownie genialna jest Alice Brandon.

Przysięgam, Jasper oświadczył się swojemu żeńskiemu odpowiednikowi.

Minus ta puszczalska część jego przeszłości.

Bella była zjawiskowa. Zawsze uważałem, że jest przepiękna, niemniej panująca w powietrzu aura wszędobylskiej miłości sprawiła, że jej wygląd mnie absolutnie mnie zachwycił. Niebieska kloszowna spódniczka, biała bluzka i granatowy sweterek, choć wydawały się być dość skromnym wyborem, w rzeczywistości wyglądały na niej nieziemsko.

I te serduszka na spódniczce...

Kto by pomyślał, że ten walentynkowy akcent mógł jej dodać tyle uroku?

– Bello, wyglądasz pięknie – odparłem. Na jej porcelanowej cerze pojawił się kuszący rumieniec, a ja musiałem ugryźć się w policzek, żeby powstrzymać jęk.

Jak mówiłem, jesteś dziwakiem, Cullen.

– Dziękuję. – Zawahała się. – Poproszę to, co zwykle.
Moje morale opadło. Bella wydawała się być... smutna? Nie wiedziałem, co sobie myśli, ale musiałem działać. To była jedyna okazja. W pośpiechu przyrządziłem to cholerne frapuccino i błagać niebiosa, by nie odmówiła.

– Proszę – wyszeptałem, stawiając na stoliku zamówioną przez nią kawę i czym prędzej zniknąłem za barem, udając niebywale zajętego polerowaniem firmowych kubeczków. Kątem oka obserwowałem, jak Bella znajduje przygotowaną wcześniej czerwoną serwetkę i odczytuje, co na niej napisałem. Nie mogłem znieść oczekiwania i tego napięcia – wyśmieje mnie? Odmówi?

Zamartwianie się musiało poczekać, gdyż w pewnej chwili usłyszałem chichot. Szybko zerknąłem w kierunku Belli, która wstała ze swojego miejsca i trzymając w ręku tę cholerną serwetkę, skierowała się ku barowi.

Zbladłem. Oto chwila prawdy.

– Edwardzie, co to? – zapytała z uśmiechem, trzymając przed sobą owy kawałek papieru z wypisanym „Czy ma pani ochotę wybrać się ze mną na walentynkowe frapuccino?” na samym środku.

– Umm... – odchrząknąłem. – Dokładnie to, co jest tam napisane – uśmiechnąłem się. Nie byłem w stanie tego opanować; uśmiech był od pewnego jedyną reakcją, na którą było mnie stać, gdy Bella była w pobliżu.

To i erekcja.

Nie psuj chwili, myśląc o erekcjach, do diabła!

– Czy zechciałabyś może wypić ze mną walentynkową kawę? Dziś, najlepiej zaraz, bo chyba nie zniosę oczekiwania.

Myślałem, że oszaleję ze szczęścia, gdy zobaczyłem pojawiający się na jej ustach uśmiech, który był bardziej promienny, niż jakikolwiek, który do tej pory widziałem.

– Byłabym zaszczycona, Edwardzie. Tak się składa, że nie mam na dziś żadnych planów. Jestem cała Twoja.

Wyjąłem spod lady czerwoną różę, którą wcześniej tam schowałem. Powiedzmy, że towarzyszyło mi to śmieszne uczucie, mówiące, że Bella się zgodzi.

– Chodźmy więc – odrzekłem, wręczając jej kwiat. Uśmiechnęła się jeszcze szerzej.

– A nie musisz przypadkiem pracować?

– Mam dziś wolne – roześmiałem się.

Walentynkowa randka była bajkowa. Udaliśmy się do parku, gdzie, trzymając się za ręce, – *niemęski taniec radości podejście numer dwa* – spacerowaliśmy alejkami i rozkoszowaliśmy się pierwszym od dawna słonecznym dniem, przy okazji zajadając się watą cukrową. W końcu wybraliśmy jedną z mniej zaludnionych ławek, nieopodal jeziora.

– Wiesz, muszę Ci się do czegoś przyznać – powiedziała Bella po chwili milczenia. – Tak naprawdę mieszkam cholernie daleko od tego cholernego Starbucks'a.

– Jak to? Myślałem, że wpadasz tam tak często, bo masz tam najbliżej. To, i że jesteś niesamowicie uzależniona od tego frapee.

– Skądże. Przychodzę tam, bo Ty tam pracujesz – wyszeptała. – Kawę kocham, przyznaję, ale jestem tam dla Ciebie. Stwierdziłam, że nawet jeśli nigdy nie zwrócisz na mnie uwagi, przynajmniej spędzę trochę czasu w Twoim towarzystwie. Victoria chyba mnie rozgryzła, bo dziwnie na mnie spogląda, a ostatnio powiedziała, że „mam wziąć sprawy w swoje ręce, bo nie może nas znieść” – zaśmiała się.

– Victoria nie znosi każdego. Jeśli już mamy swoją chwilę szczerości, tak naprawdę... Możliwe, że jestem Tobą odrobinę zafascynowany. I bardzo, bardzo, bardzo cię lubię.

– Naprawdę? Byłam przekonana, że mnie nie trawisz. Przynajmniej do tego incydentu z kawą; później zaczęłam przypuszczać, że może nie miałeś śmiałości się do mnie zbliżyć. Ja... Ja też bardzo Cię lubię. I myślę, że to lubienie może prowadzić do wielu fajnych rzeczy.

– Myślisz? – spytałem, oszołomiony jej wypowiedzią.

– Jestem prawie pewna – odparła bez cienia wątpliwości w głosie.

Nie odpowiedziałem. Zrobiłem to, o czym marzyłem od dawna – pochyliłem się i złożyłem na jej ustach delikatny pocałunek.

I miałem rację.

Bella Swan wpędzi mnie kiedyś do grobu.


Koniec


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
ola7194
Capofamiglia



Dołączył: 14 Sie 2010
Posty: 1085
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 3 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: szczecin

PostWysłany: Pon 17:19, 21 Lut 2011 Temat postu:

5.

Abrazáme, Dame calor

Słońce chyliło się ku zachodowi. Ostatnie promienie zimowego słońca padały na ulice nowojorskich ulic. W niektórych miejscach dało się dostrzec resztki śniegu, a gdzieniegdzie pomniejsze kałuże tworzyły mini lodowiska.

Wokoło panowała radosna atmosfera. Serduszka, kwiaty, romantyczne melodie, wszystko co kojarzyło się z dniem zakochanych. Osoby podążające ulicami spieszyły się do domu lub restauracji aby spotkać się z ukochaną osobą. Dziś był dzień, w którym dziewczyna czy kobieta powinna się schować w silnych ramionach mężczyzny, a ten przynieść jej prezent, pocałować czy popieścić. Tego dnia po prostu nie powinno się być samotnym, ale i tak zdarzał się ktoś taki, pozbawiony miłości w tym dniu.

Wśród tłumu ludzi szła także ona. Zjawiskowo piękna, brązowowłosa kobieta, która nie zwracała uwagi na otaczający ją świat. Nie chciała spoglądać na radość malującą się na twarzach innych wokoło jej, kiedy ona nie mogła robić tego samego. Wciąż czuła smutek i żal, że w tym dniu nie ma przy niej ukochanej osoby.

On. Piękny, rdzenny mieszkaniec tego kontynentu zostawił ją kilka dni wcześniej, samą, bez opieki, pogrążoną w żalu. Gdyby powiedział choć słowo, dal wcześniej znak, że coś jest nie tak... ale nie... dowiedziała się od kogoś innego. Jednego dnia tulili się do siebie, całowali i spędzali upojną noc, a już po południu jego nie było. Po prostu spakował się i wyjechał, wrócił do rodzinnego miasta, aby znaleźć ukojenie w ramionach jej przyjaciółki, ale także i prawie siostry.

Złamał jej serce. Czuła jakby je wyrwał i rozdeptał.

Nie miała zamiaru pojawiać się w tamtej mieścinie. Nie chciała patrzeć na szczęście bliskiej jej osoby z inną, którą kochała. Nie była zła na nią, ale na niego. Wiedziała jednak, że w ten sposób zrani swojego ojca, który choć cichy i małomówny, pokazywał niewinnymi gestami, spojrzeniem w oczach, jak bardzo ją kocha.

Teraz on mieszkał pod jednym dachem z kobietą, której córka związała się z jej mężczyzną. Nie miała zamiaru natknąć się na nich w żaden sposób. Nie chciała znów czuć tego bólu, jaki jej zafundował od tamtego czasu, a na pewno nie mogła płakać. Już dość łez wylała przez tego łajdaka, który bał się spojrzeć jej w twarz i powiedzieć, że kocha kogoś innego.

Co jej pozostało do robienia w tym w tym dniu?

Szła ulicami Nowego Jorku, wpatrzona w zakochane pary, mężczyzn niosących kwiaty swoim ukochanym, kobiety i ich partnerów, na których twarzach wciąż widać było spojrzenia pełne miłości i radości, roześmiane buzie, małe gesty świadczące o wiążących ich uczuciach. Z każdej strony otaczał ją świat przepełniony odczuciami towarzyszącymi temu dniu. Nie mogła się odwrócić od tego, nie potrafiła.

Samotna łza spłynęła jej po twarzy, kiedy młody Indianin otaczał silnym ramieniem brunetkę i szeptał czułe słówka do jej ucha. Myślała o tym, jak kilka lat wcześniej przechadzała się w podobny sposób po Port Angeles, gdy opuszczała kino i udawała się wraz z nim do małej pizzerii, w której serwowano najlepsze raviolli w okolicy.

Dziś nie mogła sobie radzić sama z sobą. Nie potrafiła wysiedzieć tych kilku godzin w pracy, gdzie prawie co chwilę kurier przynosił kwiaty dla którejś z jej współpracownic. Każda z nich miała na stole choć jeden, każda prócz niej.

Widziała zatroskane spojrzenia, a w niektórych oczach po prostu żal.

Nawet jej szef, niemalże Bóg, spoglądał na nią dziwnym wzrokiem obserwując uśmiechy na każdej z twarzy jej koleżanek, a na niej dostrzegając smutek. On sam nie wyglądał zbyt radośnie, ale nie zwracała na niego większej uwagi, wolała skupić się na swojej pracy, zapomnieć o wszystkim wokoło i wyciszyć.

Wytrzymała. Osiem godzin spędziła na korekcie kolejnej książki bestsellerowej pisarki, którą musiała skończyć w najbliższych dniach. Nie myślała już o tym, aby wydać swoją własną powieść, schowaną w najdalszym folderze swojego laptopa, po prostu poświęciła się temu, co robiła najlepiej od czasów studiów, a nie myśleć o tym, że jest dwudziestopięcioletnią starą panną, którą porzucił mężczyzna dla młodszej, przyrodniej siostry.

Musiała zapomnieć, choć przychodziło jej to ciężko widząc serduszka i kwiatki na każdym kroku.


Teraz nie chciała wracać do swoich czterech ścian, małego mieszkanka. Zbyt wiele wspomnień, zbyt wiele zdjęć i pamiątek. Do te pory nie uporała się z tym bałaganem, a chyba powinna. Powinna już dawno schować wszystko co wiązało się z jego osobą i zapomnieć, wyrzucić z domu oraz z serca. Zamknąć się na cztery spusty, a może pomachać na do widzenia.

Wreszcie dotarła do miejsca, które zawsze omijała szerokim łukiem.

Mała knajpka, schowana pomiędzy jednym z biurowców, a mniejszą kamienicą, do której wejścia prowadziły małe schodki.

Już stając tu, na chodniku, wyczuwała zapach papierosów, ale nie przeszkadzało jej to, bardziej pociągały ją brzmienia gitary akustycznej i głęboki głos, który nawet tu sprawiał, że drżała na całym ciele.

Wolnym krokiem skierowała się do środka. Podeszła do baru i zajęła jedno z małych, ale wysokich siedzisk. Wsłuchiwała się w dźwięki muzyki, w słowa piosenki o utraconej miłości. Mężczyzna śpiewał z sercem, wręcz utożsamiał się z tym wszystkim. Mogła wyczuć w tym jego własne cierpienie, wiedziała co czuje, bo ona także utraciła swoją wielką miłość, osobę którą kochała nad życie i dla której poświęciła tak wiele czasu.

Zamówiła dla siebie kieliszek martini, dopiero wtedy obróciła się, aby spojrzeć na nieznajomego.

Dostrzegła postać siedzącą na środku sceny w białej, lekko rozpiętej koszuli i skupionego na ruchach ręki. Zwinnymi palcami szarpał za struny, nie zwracał uwagi na ludzi wokoło. Liczyła się tylko muzyka i to co chce przez nią przekazać.

Wyczuwała w nim coś znajomego, ale też pociągającego. Przypatrywała się jego rozwichrzonym włosom, które wydawały się niemal czarne. Dopiero gdy padło na nie żółte światło, dostrzegła brązowo rude kosmyki.

Przymknęła oczy.

Już wiedziała kim jest.

Muzyk, mężczyzna, który otwierał swoje serce poprzez dźwięki otwierał duszę dla innych był jej dobrze znany.
Brutal, który znęca się nad nią każdego dnia, wyrzucający jej każdy błąd, każde uchybienie. Amant, w którym kochała się każda kobieta. Szeptały o nim na każdym kroku, dumnie prężyły swe dzięki przed jego oczami. Chciały go...

Jej szef.

Dziś, tego dnia, musiała się dodatkowo natknąć na niego w tym miejscu. Jeszcze kilka godzin temu patrzył na nią z litością, nie chciała, aby trwało to dłużej.

Musiała stąd wyjść, choć miejsce przypadło jej do gustu. Musiała stąd wyjść, choć kochała muzykę, którą tworzył. Nie mogła tu zostać, ale nie mogła się też stąd ruszyć.

Odwróciła się z powrotem do baru. Nie chciała patrzeć na niego, jeśli nie musiała. Łudziła się, że jej nie zauważy lub po prostu wyjdzie, gdy tylko skończy, choć wolałaby, aby grał nieprzerwanie.

Sączyła martini, brała łyk za łykiem, aż wreszcie złapała za wykałaczkę i przygryzła małą oliwkę. Skinęła na barmana, a ten podał jej kolejny drink.

Wsłuchała się w melodię, która po zakończeniu poprzedniej piosenki zmieniła się w inną. Po chwili dołączył i jego głęboki głos, z tak prawdziwymi słowami, które chyba miały zamiar wbić się głęboko w pamięć:

Już brakuje mi słów
o wszystkim i o niczym, czas je po prostu zabrał
tylko pozostała noc w moim wnętrzu i ta zimna miłość

Dziś ten spokój, który niszczy serce
z tej wojny, w której ja jestem przegrany
i która się wbija w głąb tej...

Cisza, wieczna i niema jak wspomnienie
miłości, którą mi dałaś
Cisza tak wielka, tak pusta i martwa.
Jak pali ten ból ciszy
która wypełnia każdą część mojego ciała
Jak boli ta cisza miłości.

Jak trudne to się stało
oddychać nadal, wiedząc, że cię nie ma
gdybym mógł znaleźć przyczynę
która pomogłaby mi zrozumieć, że nie wrócisz

I ta rana, która krwawi w moim wnętrzu
i ten kolec wbity bez powodu
i niezmierzony ból tej...

Jak boli ta cisza... 1


_________
1Cisza – mój wiersz
_________


Te słowa były tak prawdziwe w jego ustach. Mogła tylko przytaknąć, bo to samo czuła w głębi serca.

Przymknęła oczy, oparła głowę na ręce i popijając wsłuchiwała się.

Nie wiem ile czasu upłynęło, ale brzmienie gitary zastąpiła harmonia, a jego głos już nie rozbrzmiewał wokoło jej. Alkohol lekko zaszumiał w głowie, kiedy dopiła ostatnią kroplę i odłożyła szkło na bok.

Znów wzięła wykałaczkę i powoli wsunęła w usta, aby rozkoszować się alkoholowym posmakiem zielonej kulki.

Cichy jęk rozbrzmiał obok niej, gdy pomału przełknęła i odłożyła na bok cienkie drewienko mrużąc lekko oczy.

Nie odwróciła się, ale zamówiła ponownie to samo. Chciała poczuć więcej alkoholu w swojej krwi.

- Na mój koszt! - usłyszała znajomy, głęboki głos.

- Nie trzeba... - mruknęła sięgając do torebki, ale on powstrzymał jej ruch łapiąc za nadgarstek i kładąc na blacie banknot. - Mogę sama zapłacić.. - fuknęła pod nosem.

- Wiem, ale dziś walentynki i mam zamiar postawić pięknej kobiecie chociaż drinka. - odparł siadając obok mnie.

Barman położył przed nią kolejne martini, a przed nim natomiast szklankę whisky. Nie spojrzała na niego ani razu. Nie chciała, aby widział, jak czuje się samotna dzisiejszego dnia. Pragnęła aby odszedł, a mogłaby wtedy dalej pogrążać się, zapijać smutki alkoholem.

On jednak nie zwracał na nią uwagi. Skupiał wzrok na blacie ciemnego drewna, które pokrywało blat. Kątem oka przypatrywała się jego pięknemu ciału.

Nigdy nie wątpiła, że jej szef był przystojny, po prostu miała swojego własnego mężczyznę. Teraz była sama i dostrzegała więcej szczegółów u innych, nie była tak zaślepiona i skupiona na jednym.

Drogi garnitur, biała koszula bez krawata i rozczochrane włosy. Nie przypominał mężczyzny, który rozkazywał jej i szydził każdego niemal dnia. Dostrzegała za to zielone oczy i pełne wargi. Miał wyrazistą szczękę z lekkim zarostem, którą chciała dotknąć choćby palcem. Było w nim coś teraz, co przyciągało ją do niego.

Czuła jak ciało zadrżało, kiedy otarł dłoń o jej. Coś w tym wszystkim było nie tak i nie powinnam reagować w ten sposób na jedno zetknięcie z nim. Jednak skórę pokryła delikatna gęsia skórka, a w dole poczuła lekki ból.

Musiała odejść, musiała zniknąć stąd, z tego miejsca.

Wstała. Nie miała już po co tu siedzieć. Muzyka w tle nie była już tą samą co jego gra na gitarze i głos. To dla tego została wtedy.

Odwrócił się nagle. Złapał za nadgarstek, więc odwróciła się, aby spojrzeć w jego oczy.

Zielone, hipnotyzujące spojrzenie zatrzymało ją na moment. Czuła jakby przestała oddychać, a serce przestało bić.

- Nie odchodź... - jego głos... pełen bólu i czegoś jeszcze... był w tej chwili samotny jak ona.

- Wracam do domu – odpowiedziała wyrywając się lekko.

- Proszę...

Przełknęła ślinę.

- Nie... wychodzę... - oznajmiła.

Nie chciała, aby ją powstrzymywał. Skierowała się wprost do drzwi, ale poczuła czyjąś dłoń na plecach. Widziała, że to był on.

- Odwiozę cię. Jest już późno! - powiedział, a ona nie miała siły się sprzeciwiać.

Wyszli na zewnątrz. Nabrała powietrza w płuca, ale poczuła jak w głowie lekko jej szumi od alkoholu, który w siebie wlała tego wieczoru.

Poprowadził ją do żółtej taksówki, która nie wiem jak, ale znalazła się po chwili przy nich. Usiadł obok niej otaczając ochronnie ramieniem.

Jego zapach owionął jej ciało. Oparła więc głowę o jego bark rozkoszując się jego męskim, piżmowym zapachem.

Nie podała swojego adresu, ale najwyraźniej nie potrzebował tej wiedzy. Znał go.

Wysiadając potknęła się. Wpadła wprost na niego i docisnęła swoje ciało do jego torsu. Jej piersi otarły się o niego, kiedy z jego ust wydobył się delikatny jęk.

Wszystko zmieniło się w jednej chwili. Po prostu chciała, aby był ze nią w tej jednej chwili. Pragnęła teraz by ukoił jej zranione serce, choćby to miało trwać tylko moment. Przecież oboje nie mieli chyba z kim spędzić ten dzień.

- Wejdziesz? - szepnęła.

Nie odpowiedział, a ona wzięła go za rękę i poprowadziła po schodach swojej kamienicy.

W końcu dotarli przed drzwi małego mieszkania i drżącymi dłońmi chciała otworzyć, ale klucz wypadł wprost pod jej nogi. Chciała się schylić, ale uprzedził ją. Zręcznie przekręcił zamek dociskając swoje ciało do jej pleców, a ona wyczuła twarda męskość przy sobie i jego gorący oddech na szyi.

Przekroczyli tylko próg, a on zamknął drzwi i obrócił ją do siebie.

Naparł swoimi boskimi ustami na jej. Czuła lekki posmak alkoholu na jego wargach, wysunął język gładząc jej usta i prosząc o wstęp. Otworzyła się dla niego pragnąc tego, pragnąc każdej pieszczoty jaką może jej ofiarować.

Wsunęła palce w jego włosy przyciągając bliżej kiedy jego dłonie zsuwały z niej płaszcz a następnie żakiet przez co na moment musiała oderwać ręce od jego wspaniałych włosów. Fragmenty odzieży opadły gdzieś na bok, znalazły się na podłodze, kiedy ona uderzyła lekko plecami o ścianę. Zręcznie odpinał jej sukienkę nie odrywając ust od jej.

Rozbierał ją, a ona to samo pragnęła zrobić z nim.

Zsunęła ręce i pomału pozbywała się z niego marynarki. Chciała poczuć jego ciało przy swoim, kiedy sama już po chwili pozostawała tylko w koronkowym komplecie.

Odsunął się na moment, aby nabrać powietrza, a ciemne oczy spoczęły na niej analizując każdy fragment odsłoniętej skóry. Przepełniało je pożądanie, pragnienie posiadania, a jej się zdawało, że nikt wcześniej nigdy w ten sposób nie patrzył na nią.

Rozumieli się w tej chwili bez słów.

Stał i patrzył na nią, kiedy ona rozpinała jego koszulę i pozbywałam się jej z jego pięknego ciała. Zahaczyła palcem o pasek, ale on ją powstrzymał.

Podziwiała więc jego wspaniałe mięśnie brzucha, małe włoski na klatce, ale w szczególności tą literę V prowadzącą wzrok niżej. Przesunęła dłonią po tym wspaniałym, boskim ciele adonisa.

Sam zdecydował się odpiąć pasek i zsunąć swoje spodnie, aby pozostać w samych bokserkach.

Jej wzrok pozostawał przez dłuższą chwilę skupiony na napiętym materiale, aż jęknęła na samą myśl, co może się za chwilę stać.

Znów naparł na nią, kiedy ona wolno kierowała ich do sypialni. Nie odrywała się od jego ust, a jego dłonie wędrowały po nagich plecach.

Zanim opadła na zimną pościel, on odpiął koronkowy stanik uwalniając napięte piersi. Oboje jęknęli, gdy dotknęły one jego torsu. Zaczął całować linie szczęki, aby zsunąć się niżej, po szyi, dekolcie. Wytyczał sobie drogę niżej, do stwardniałych z podniecenia sutków, aby po chwili jedną z wypustek wziąć w te wspaniałe usta.

Przyciągnęła jego głowę bliżej siebie, kiedy on począł masować dłonią drugą.

Jego usta na jej ciele sprawiły, że czuła się jeszcze bardziej spragniona. Chciała go, pragnęła go mieć wszędzie, aby ją wypełnił i zaspokoił. Potrzebowała go.

Oderwał się na moment, aby powrócić do jej ust i łapczywie naprzeć na nie. Ich języki wirowały, kiedy on zsuwał koronkowe figi z jej aksamitnego ciała, a ona w tej samej chwili próbowała pozbyć się jego bokserek.

Po chwili ich nagie ciała ocierały się już o siebie. Wyczuwała twardą męskość na swoim udzie, a czuła jak rozpływa się od doznań, które zaczęły ją trawić.
Wilgotne wnętrze było przygotowane na niego, wręcz gotowe.

- Proszee.. - wymruczała odrywając się na chwilę.

Nie musiała czekać na jego słowną odpowiedź.

Odsunął na moment biodra i rozwarł kolanem jej nogi. Nie przestawała jednak atakować jego ust. Jedno pchnięcie, jeden ruch, a on znalazł się w niej. Pomału wypełniał każdy centymetr jej wnętrza. Ich twarze odsunęły się od siebie, kiedy wpatrywali się w siebie rozkoszując tym doznaniem.

Dostrzegała w nim pragnienie i rządzę, a on zapewne to samo wyczytywał z niej.

Ruszył biodrami, raz, drugi i kolejny. Wchodził w głębiej, kiedy usta znów zbliżały się do siebie, a on gładził jedną dłonią pierś, a drugą biodro.

Pragnęła go głębiej, chciała całego w sobie. Jedyną rzeczą, która teraz się liczyła była chęć ugaszenia pożaru jaki wywołało jego ciało.

Objęła go nogami chcąc, by wbił się w nią jeszcze dalej. Dłonie sunęły po umięśnionych gładkich plecach...

Poruszali się razem, wypychała swoje biodra na spotkanie z jego. Jęczeli i oddychali gwałtownie, chcąc zaspokoić swój głód.

Czuła jak jej wnętrze zaciska się na nim. Wiedziała, że długo nie wytrzyma kiedy poczuła jak i on zaczyna lekko drgać we mnie.

- Nie wytrzymam dłużej... - mruknął mi przy uchu.

- Ja także... - wysapała.

Ostatni raz wszedł we mnie, a ona zadrżała szczytując w tej samej chwili, kiedy on drgnął. Wypełnił ją całkowicie i rozlał w nią swoje nasienie.

- Oh... kurwa... - krzyknął.

- Ahhh...

Opadł na nią. Przygniótł swoim ciałem, kiedy próbowali złapać nieco tchu.

- Bello... - po raz pierwszy zwrócił się do niej tym zdrobnieniem. - Byłaś wspaniałą walentynką. - mruknął całując ją namiętnie.

Spojrzałam w bok na budzik leżący na szafeczce nocnej.

- Walentynki jeszcze trwają... - szepnęła, widząc, że wciąż było przed północą.

Nadal była spragniona jego i jego ciała.

Spojrzał jej w oczy kiedy słowa piosenki opuściły jego usta, choć sama rozumiała w niej tylko pojedyncze słowa:

Tu mirada fue bastante
Para hacer me enloquecer
Y las curvas de tu cuerpo
Es desafío que soñe
Este movimiento tuyo
Me esta haciendo revivir
Ahora que tengo tus labios
No quiero que llegar al fin

Abrazáme,
Dame calor

Te cuidaré,
Como un regalo de dios 2


________
2 Twoje spojrzenie wystarczyło
żebym zwariował
I krągłości twego ciała
To jest wyzwanie o którym śniłem
Te twoje ruchy
Oddają mi życie
Teraz kiedy mam twoje usta
Nie chcę żeby nadszedł koniec

Obejmij mnie
Daj mi ciepło
Zaopiekuję się tobą
Jak darem od Boga.
_________


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez ola7194 dnia Pon 17:26, 21 Lut 2011, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
ola7194
Capofamiglia



Dołączył: 14 Sie 2010
Posty: 1085
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 3 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: szczecin

PostWysłany: Pon 17:35, 21 Lut 2011 Temat postu:

6.

Rok 1925




W połowie lutego Chicago nie było zbytnio przyjemnym miejscem, nie była to już zima ale też i nie wiosna. Na nielicznych drzewach zalegał jeszcze śnieg, brukowane ulice pełne były kałuż, wszystko dookoła mieniło się różnorakimi odcieniami szarości. Atmosfera była przygnębiająca, wręcz smutna. Idealnie odzwierciedlała nastrój Jaspera Whitlocka. Minęły sześćdziesiąt trzy lata odkąd został przemieniony w wampira przez Marie, długie, bolesne i okrutne sześćdziesiąt trzy lata. Nie miał ochoty wracać myślami do dni, które spędził ze swoją wampirzą rodziną, ale wspomnienia same pchały się do jego umysłu. Jedną z wad bycia wampirem było to, że nie można było zapomnieć nawet sekundy swojej egzystencji. Ludzkie życie zacierało się w pamięci, ale każdą chwilę od ugryzienia pamiętał doskonale. Z najmniejszymi szczegółami. I to go zabijało od środka.

Jasper żałował wszystkich niegodziwości jakich dokonał podczas tworzenia nadprzyrodzonej armii, wcześniej wydawało mu się to sensowne i jasne, ale z biegiem czasu dostrzegł cynizm i intrygę jaka kryła się za jakże z pozoru szlachetną ideą. Czuł się oszukany i bezwartościowy, jego serce i umysł krwawiły. Stoczył wiele walk, widział śmierć, pot i łzy, ale nigdy nie czuł się tak parszywie jak dzisiejszego dnia.

Siedział właśnie w dużym, skórzanym fotelu w jednym z pokoi hotelowych Four Deuces, przyglądając się w milczeniu całemu pomieszczeniu. Całe wnętrze zaprojektowane było w jakże modnym obecnie stylu Art. Deco. Na jednej ścianie wisiał portret Johna Calvina Coolidga – obecnego prezydenta Stanów Zjednoczonych, na drugiej zdjęcie Jerzego V podczas koronacji.
W duchu śmiał się ironicznie z ich dostojnych uśmiechów, mimo że zdobyli najwyższe możliwe pozycje w społeczeństwie i tak czekał ich taki sam los co biednego rolnika czy żebraka. Od śmierci ludzie nie mogą uciec.

Czuł emocje i nastroje wszystkich ludzi znajdujących się w hotelu, przez jego ciało przepływały fale smutku, złości, namiętności, strachu i entuzjazmu. Nie były to jednak jego uczucia, nie były to jego przeżycia, wszystkie te emocje należały do kogoś innego. Czuł się jak bezwładna kukła, która bezkrytycznie przyjmuje wszystkie bodźce z zewnątrz. Nie miał ochoty żyć, ale wampir nie tak łatwo ulega żniwom śmierci. Próbował wiele razy, ale instynkt drapieżnika trudno oszukać. Kiedy go atakowano – bronił się, nie potrafił przezwyciężyć tego odruchu. A jako żołnierz, widział dla siebie tylko jeden możliwy sposób pozbawienia siebie życia, śmierć w walce.

Dzień dłużył mu się niemiłosiernie, nie miał ochoty ani czytać, ani słuchać prawie do cna zdartych płyt gramofonowych. Nie bawiło go już nawet korzystanie z hotelowego kasyna i z usług tutejszych dziwek. Miał wrażenie, że jeśli nie znajdzie sobie jakiegoś efektywnego zajęcia ogarnie go irytacja i gniew, a wtedy stawał się agresywny. Podobało mu się to miasto, ten hotel i pokój, dlatego też ze wszystkich sił starał się jak najdłużej ukrywać swoją prawdziwą naturę. Nie chciał ponownie odchodzić i zadomawiać się w nowym miejscu.

Wolnym, ludzkim tempem wstał z fotela i zbliżył się do dużego okna wychodzącego na główną ulicę Chicago. Obserwował przechadzających się ulicą ludzi, starał znaleźć coś, co w jakiś sposób go rozbawi lub zainteresuje. Nagle po drugiej stronie ulicy, dosłownie naprzeciwko jego okna ujrzał dziewczynę. Jej piękne czarne włosy przykuwały uwagę, mimo iż miała krótką fryzurę, której każda dziewczyna z dobrego domu by się wstydziła. Nie mógł oderwać od niej wzroku, miał wrażenie jakby ta drobna kobietka pochłaniała ostatnie skrawki ludzkiej duszy jakie posiadał. Czuł jednocześnie strach, pożądanie i roztrzęsienie. Dopiero po paru sekundach zorientował się, że ta dziewczyna jest taka sama jak on. Wampirzyca. Mimo że był stuprocentowo pewny jej natury, nawet z takiej odległości dokładnie widział że jej oczy miały niesamowicie brązowo-miodowy kolor. Nie było w nich ani odrobiny czerwieni. Jego tęczówki były krwistej barwy, ukrywał je praktycznie na każdym kroku, można nawet powiedzieć że wstydził się ich. Ona była inna.
Nadal tam stała, patrzyła mu głęboko w oczy, uśmiechała się od ucha do ucha. Miał wrażenie jakby mówiła coś do niego, przyzywała go. Nie mógł oprzeć się pokusie, z szybkością godną jego rasy pojawił się na dolnym holu, a następnie na ruchliwej o tej porze ulicy. Ona nadal tam była, ta boska nimfa stała dokładnie w tym samym i czekała na niego. Tym razem użył ludzkiego tempa, jego wzrok nadal spoczywał na jej oczach. Widział w nich nieme przyzwolenie. W końcu był obok, bardzo blisko, a chciał być jeszcze bliżej.

- Madame… - skłonili się lekko przed nią. Chciał wypaść jak najlepiej.
Ona nadal się uśmiechała. Dygnęła lekko przed nim w geście powitania. Nie mogli oderwać od siebie oczu. Tajemnicza dziewczyna nie zważając na potępiający wzrok przechodzących koło nich przechodniów uścisnęła mocno jego rękę i zaczęła ciągnąć w kierunku znajdującej się niedaleko bardzo eleganckiej kamienicy. Nie był w stanie jej odmówić. Jego wyostrzony zmysł węchu wyczuwał subtelną woń różanych perfum, upajał się nimi. Czuł się swobodnie w jej towarzystwie, już w tym momencie wiedział, że uzależnił się od dotyku jej dłoni na swojej, od widoku jej włosów i mlecznobiałej skóry.

Nie podobały mu się spojrzenia mężczyzn i kobiet, którzy widzieli w niej kobietę lekkich obyczajów. Trzymała mężczyznę za rękę w miejscu publicznym, a przecież konwenanse na to nie pozwalają. Zawrzała w nim agresja, nie mają prawa tak o niej myśleć, nie mają prawa odczuwać takich negatywnych emocji. Przyciągnął dziewczynę bliżej siebie i wziął ją pod ramię. Poczuł ogromną potrzebę chronienia jej samej i jej czci. Wolał aby brano ich za małżeństwo. Dziewczyna nadal się nie odzywała, ale z jej twarzy można było wyczytać, że jest zadowolona z jego gestu. Nie mógł oprzeć się potrzebie wyrażenia swoich pozytywnych emocji, roześmiał się szczerze, tak że słychać było go w odległości kilku metrów.
W końcu dotarli do małego, przytulnego mieszkania. Niewątpliwie mieszkała w nim kobieta. Usiedli obok siebie na małej, stylowej kanapie. Znajdowali się bardzo blisko siebie, żadna przyzwoitka nie pozwoliła by młodej kobiecie siedzieć tak blisko żadnego mężczyzny.

- Długo ciebie szukałam… - W końcu usłyszał jej głos. Przypominał dźwięk chińskich dzwoneczków. Upajał się nim.

- Dlaczego? – zapytał.

- Odkąd pamiętam, wiedziałam że muszę Cię znaleźć. Nie pamiętałam kim byłam przed przemianą, nie pamiętałam nawet swojego imienia, ale wiedziałam, że gdzieś jesteś na tym świecie, a ja muszę Cię szukać. – Dotknęła delikatnie jego policzka. Czuł jej tkliwość, zaangażowanie i miłość względem jego. Mimo że, to wszystko działo się szybko, mimo że poznał ją zaledwie kilka minut temu sam czuł to samo. Miał ochotę śmiać się, płakać, skakać ze szczęścia.

- Jak mnie znalazłaś? – Starał się trzymać fason, mężczyźnie nie wypada okazywać, aż tak skrajnych emocjom.

- Widzę różne rzeczy, przyszłość, a czasami i przeszłość. Każda kolejna moja wizja sprawiała, że byłam coraz bliżej. Zaczynałam się już niepokoić, dwa lata dłużyły mi się strasznie, raz nawet zwątpiłam… - rzekła delikatnie. – Jesteś bardziej przystojny, niż się spodziewałam… - dodała.
Jasper miał wrażenie, że gdyby to było możliwe, na jego policzkach pojawiły by się czerwone rumieńce.

- Czy mogę poznać twoje imię? – zapytał tkliwie.

- Alice - odpowiedziała z uśmiechem.

- Piękne… - wymruczał i pocałował z czułością jej dłoń. – Witaj Alice, jestem Jasper, Jasper Whitlock.

- Również miło Cię poznać – zachichotała a on zawtórował. Śmiali się z siebie i do siebie. W pewnym momencie Alice przytuliła się mocno do mężczyzny, przywarła do jego klatki piersiowe i wtuliła głowę w zagłębienie szyi. Jasper nie mógł powstrzymać głośnego westchnięcia. Odwzajemnił uścisk, czuł się jakby znalazł zaginione fragmenty kolorowej układanki. Wszystko było na swoim miejscu, ta kobieta była na swoim miejscu – w jego ramionach. Pocałował ją z czułością w czubek głowy, wiedział już że czasy samotności bezpowrotnie minęły.

- Tak się cieszę, że naprawdę istniejesz – usłyszał przepełniony emocjami głos Alice. - Bałam się, że zawsze już będę sama.
Uśmiechnął się. – Nie będziesz. Zostanę z tobą.

- Nie boisz się? Przecież mnie nie znasz?

- Ty widzisz przyszłość, a ja czuje emocję innych. Wiem, że jesteś szczera.

- Czyli czujesz….to co ja? – W jej oczach ujrzał niepewność – Nie przeszkadza Ci to…?

- Chodzę już trochę na tym świecie i zapewniam Cię, że nie ma na tym padole nic piękniejszego niż miłość.

- Znamy się tak krótko, nie chcę cię przestraszyć. Ja wiedziałam o tobie już od dawna, nie potrzebujesz czasu aby się z tym wszystkim oswoić?

- Nie. Spędziłem zbyt wiele czasu w samotności, rozmyślając nad moją parszywą egzystencją. Nie chcę tracić więcej czasu. – Pogłębił uścisk. Chciał być jak najbliżej słodkiego ciała ukochanej.

- Czyli ty też… odwzajemniasz już moje uczucia? - W oczach dziewczyny ujrzał złote błyski.

- Odkąd cię zobaczyłem, wiedziałem że moje serce i dusza należą do Ciebie – odparł z pokorą. Jasper miał wrażenie, że w tym momencie otworzyły się dla niego bramy nieba. Jeszcze godzinę temu użalał się nad swoim parszywym losem, a teraz nie mógł powstrzymać euforii.

- Pocałujesz mnie? – Zmysłowy uśmiech pojawił się na twarzy Alice. Z trudem oparł się pokusie.

- To zbyt niebezpieczne kropelko.

- Dlaczego niebezpieczne? Wiem, że nie zrobisz mi krzywdy.

- Nie o takie niebezpieczeństwo mi chodzi. Jestem zbyt spragniony, aby zachować się wobec ciebie jak gentleman. Zapewne nie skończyło by się tylko na jednym pocałunku.

- Czy to dla ciebie problem? – zapytała figlarnie, ocierając się nieznacznie o twarde i gorące ciało mężczyzny.

- Jesteś kobietą i należy ci się szacunek…

- A czy nie mógł byś mi okazać tego szacunku w inny sposób? Nie mógł byś mi okazać swojej miłości w fizyczny sposób.

- Urodziłem się w XIX wieku kropelko, wychowano mnie w szacunku do kobiecego ciała.

- Jesteś prawiczkiem? –zapytała poważnym tonem, spoglądają mu głęboko w oczy.

- Nie… - zachłysnął się, kiedy jej odpowiadał. Nigdy nie rozmawiał z nikim na tak intymne tematy. - …ale z tobą to co innego. Chcę aby wszystko było po kolei, tak jak jest przykazane.

- To znaczy? – zapytała zainteresowana. Oczywiście jej dar sprawił, że doskonale wiedziała jaka będzie konkluzja tej rozmowy, ale chciała, aby powiedział jej to osobiście.

- To znaczy, że chce abyś najpierw stała się moją żoną – powiedział to czysto, pewnie i bez zająknięcia. – Oczywiście wiem, że to jeszcze za szybko…

- Wcale nie za szybko! – krzyknęła radośnie. – Ale to chyba nie wyklucza pocałunku. W końcu musimy przypieczętować swoje oświadczyny.
W prawdzie Jasper nie do końca miał to na myśli, to znaczy oczywiście chciał się jej oświadczyć, ale nie teraz i nie w tym momencie. Zawsze wyobrażał sobie swoje oświadczyny w bardziej romantyczny sposób, a już nie na pewno po niespełna piętnastu minutach znajomości. Jednak mimo wszystko wcale nie żałował, że dziewczyna zrozumiała jego słowa w ten sposób. Alice miała rację, byli sobie przeznaczeni. Pierwszy raz przyszłość rysowała się dla niego w jasnych barwach.

- Jesteś pewna? – zapytał tylko z ogromnym uśmiechem na twarzy.

- Oczywiście! W końcu wiedziałam, że dzisiaj się zaręczę. Jak myślisz dlaczego się dzisiaj tak odstroiłam – odpowiedziała takim tonem, jakby pytał ją o jakąś banalną, oczywistą rzecz.

- Mogłem się domyślić, że skoro widzisz przyszłość to przewidziałaś to.
Alice tylko przytuliła się mocniej do niego.

- Pocałujesz mnie w końcu?

-Jesteś niegrzeczną młodą damą… - zaśmiał się, uwielbiał jej niekonwencjonalność i własną inicjatywę.


Nie był w stanie jej odmówić, z resztą sam czuł ogromna potrzebę, aby dotknąć jej delikatnych, karminowych ust. Czuł się trochę jak spragniony człowiek na pustyni, miał wrażenie że jeżeli tego nie uczyni to spali się w ogniu namiętności. Kiedy w końcu wpił się w jej usta po raz pierwszy od sześćdziesięciu lat poczuł, że żyje. Przez jego ciało przebiegło miliony impulsów elektrycznych pobudzających jego martwe dla świata ciało. Gdyby mógł nigdy by nie kończył tego pocałunku, dotykanie Alice stało się dla niego jedynym celem. Chciał aby to trwało jak najdłużej, aby ta słodka pieszczota była tak ekscytująca nie tylko dla niego, ale i dla tej drobnej, cudownej istoty. Pragnął dzielić się tymi doznaniami. Z trudem oderwał się od Alice.

- Czemu przerwałeś? – zapytała ochrypłym głosem. Jego ciało ożyło na ten jakże erotyczny dźwięk.

- Zaraz się zapomnę…- wysapał tylko. Dziewczyna nie ułatwiała mu zadania, przylgnęła do niego jeszcze mocniej niż przed minutą. Jej uścisk miał jednoznaczny wymiar.

- Musimy szybko wziąć ten ślub, nie mam zamiaru dłużej żyć bez ciebie. Po za tym niedługo zaczniemy nowe życie, nasza rodzina czeka na nas, choć może jeszcze o tym nie wiedzą – mruknęła tylko Alice całując zawzięcie jego osłoniętą szyję.

- Mmmm… - Jasper tylko tyle był w stanie powiedzieć. Drobne pocałunki składane na jego skórze sprawiały że nie mógł zebrać myśli.
Przytulił Alice jeszcze mocniej. Nie był w stanie nacieszyć się szczęściem jakie mu przysłał los. Jego wzrok bezwiednie skierował się w kierunku kalendarza wiszącego na przeciwległej ścianie. Uśmiechnął się w duchu, postanowił sobie że zawsze, do końca swojej egzystencji będzie świętował rocznicę tego jakże zaskakującego dnia. Tak się akurat złożyło, że zdarzenie to miało miejsce 14 lutego 1925 roku.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
ola7194
Capofamiglia



Dołączył: 14 Sie 2010
Posty: 1085
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 3 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: szczecin

PostWysłany: Pon 17:45, 21 Lut 2011 Temat postu:

7.

Odłożyłam książkę na półkę, głośno wzdychając. Właśnie skończyłam czytać całą sagę, a ciągle było mi mało. Musiałam obejrzeć jeszcze raz każdy film, żeby mieć w głowie obraz Edwarda. Był taki cudowny, taki wspaniały, taki idealny… Żałowałam, że nie ma mężczyzn takich jak on. Poszukaj go, szeptał głosik w mojej głowie, znajdziesz Edwarda i odnajdziesz szczęście. Kiwnęłam głową, jakby utwierdzając samą siebie w przekonaniu, że to dobry pomysł.

Wykręciłam numer do najbliższej mi osoby i z uśmiechem na twarzy chodziłam w kółko po pokoju, patrząc po wszystkich plakatach i książkach. Pokój wyglądał jak zwykły pokój nastolatki, mającej obsesję na jednym punkcie.

- Czy wiesz, która jest godzina? – Usłyszałam zaspany głos w słuchawce i zrobiło mi się naprawdę głupio, że nawet nie spojrzałam na zegarek. Jak zaczęłam czytać książkę, było jeszcze widno. Jak ten czas szybko leci…

- Przepraszam – powiedziałam. – Słuchaj, skończyłam czytać! Boże, Boże, Boże! Przemienił ją, czaisz to? On jest cudowny, ach. Muszę go znaleźć, potrzebuję go. Nie mogę tak dłużej żyć, wiedząc, że on gdzieś tam jest. Proszę, pojedź ze mną.

- Nie. On nie istnieje, Monic, musisz to wreszcie zrozumieć. Wampiry nie istnieją…

- Przestań! Przestań tak mówić! – Łzy płynęły po mojej twarzy, gdy tylko wmawiała mi, że Edward nie istnieje.

– On mieszka w Forks z Bellą i swoją córeczką! Znajdę go i ci udowodnię, że miałam rację! – Rozłączyłam się i rzuciłam zła telefonem o ścianę.

Zadzwonienie do niej nie było dobrym pomysłem. Mogłam przewidzieć, że będzie chciała mnie powstrzymać przed szukaniem go. Wampiry zazwyczaj były niebezpieczne, zjadały ludzi. Ale nie Cullenowie! Usiadłam na brzegu łóżka i zaczęłam myśleć, co potrzebuję spakować na tę małą wyprawę. Wierzyłam w powodzenie. Co miałoby się nie udać? Bujałam się w przód i tył, co zawsze pomagało mi się skoncentrować. Na mojej twarzy błądził głupi uśmiech, którego nie chciałam i nie mogłam się pozbyć. Cieszyłam się na to, co planowałam.

Do plecaka wrzucałam byle jak wszystko, co myślałam, że mogło mi się przydać. Po niecałej godzinie byłam spakowana i w sumie gotowa do wyjścia w każdej chwili. Musiałam poczekać do rana, nie było innej rady, żeby nikogo nie obudzić i dać się powstrzymać. Wychodząc po tej siódmej, czy którejś, nie zainteresuję nikogo tym i będę mogła uniknąć głupich pytań o to, gdzie jadę. Przecież nie musiałam się już im spowiadać z każdego mojego wyjścia! Siedemnastka już mi dawno stuknęła, powinni mnie poważnie traktować, a oni dalej uważają mnie za dziecko, na które trzeba dmuchać i chuchać, żeby nie zrobiło sobie krzywdy.

Patrzyłam na wskazówki zegara, które przesuwały się zbyt wolno po tarczy, i zaczynałam się coraz bardziej niecierpliwić. Po nieprzespanej nocy musiałam wyglądać jak upiór z opery. Pokiwałam głową, utwierdzając samą siebie w tym przekonaniu, że wyglądałam okropnie. Byłam bardzo podekscytowana. Do Forks miałam tylko kilka godzin jazdy samochodem, więc jeszcze dzisiaj mogłam go spotkać! Jak po raz kolejny powtórzyłam sobie tę informację w głowie, zaczęłam podskakiwać na siedzeniu i klaskać z podekscytowania. Uśmiechałam się od ucha do ucha. Powinnam się zdrzemnąć, żeby wyglądać cudownie, gdy spotkam Edwarda, pomyślałam. Nie było możliwości, żebym zasnęła. Za bardzo się cieszyłam spotkaniem z Cullenami.

Poszłam do łazienki i spojrzałam w lustro. Nie było wcale tak najgorzej. Będąc blada i mając cienie pod oczami, przypominałam trochę wampira. Czyli powinni paść, gdy mnie tylko zobaczą. Wróciłam do pokoju i krążyłam po nim w kółko, chcąc, żeby nastąpił już ranek. Gdy tylko usłyszałam ruch w domu, wychyliłam głowę za drzwi i zobaczyłam swojego ojca, wracającego z kuchni z kubkiem kawy. W KOŃCU!, krzyknęłam w myślach. Wzięłam szybko plecak i niemal wybiegłam przez drzwi do przedpokoju. Pomachałam ojcu ręką i wyszłam z domu, jak najszybciej się dało.

Wsiadłam do samochodu, rzucając plecak do tyłu i trzaskając drzwiczkami. Włączyłam muzykę na full i ruszyłam z podjazdu z piskiem opon. Miałam przed sobą kilka godzin jazdy, więc powinnam być tam jeszcze przed południem. Wszystko układało się idealnie. Jechałam cały czas przed siebie, nucąc piosenki, lecące w radiu, i z każdą godziną coraz szerszym uśmiechem. Nie patrzyłam na mapę prawie w ogóle. Przestudiowałam ją tyle razy, że znałam ją prawie na pamięć. Zerkałam na nią tylko wtedy, gdy potrzebowałam się upewnić, że nigdzie nie zbłądziłam. Ulice były prawie puste, więc jechało się przyjemnie i bardzo szybko. W końcu zobaczyłam tabliczkę z nazwą miejscowości, gdzie chciałam dojechać.

Zatrzymałam samochód przed jakimś małym barem i wysiadłam z niego, rozglądając się dookoła. Wszystko wyglądało inaczej, niż pokazywali na filmie. Postanowiłam, że rozejrzę się po miasteczku, jak tylko coś zjem. Czułam, że burczy mi już w brzuchu.

Weszłam do środka, patrząc na wszystko wielkimi oczami. Zatrzymałam wzrok na zegarze, który wskazywał dwunastą. Szybko obliczyłam godzinę, o której jadłam swój ostatni posiłek, i nie zdziwiłam się, że byłam głodna. Usiadłam przy stoliku i spojrzałam na menu przed sobą, zastanawiając się, co sobie zamówić. Gdy podeszła kelnerka, dalej nie wiedziałam, na co mam ochotę. Zdecydowałam się w końcu na naleśniki z serem i polewą truskawkową.

Jedząc śniadanie, obmyślałam swój plan dnia dzisiejszego. Po wyjściu z baru miałam pójść zobaczyć szkołę, do której uczęszczali Cullenowie. Zawsze istniała możliwość, że spotkam tam kogoś z nich. A jeśli nie poszłoby po mojej myśli, miałam zamiar krążyć po mieście, czekając na Edwarda. Przecież musiałam go spotkać. Nie było innej możliwości.

Wyszłam na ulicę i poczułam kroplę deszczu. No pięknie, jeszcze zaczęło padać, pomyślałam, przewracając przy tym oczami. Spojrzałam w lewo i poszłam w tamtą stronę, chcąc zobaczyć, co tam będzie. Szłam ze spuszczoną głową przed siebie, aż na kogoś nie wpadłam i upadłam na mokry chodnik.

- Uważaj, jak łazisz – warknęłam.

Było mokro i zimno, jak na luty przystało. Spojrzałam na osobę, która wyciągała w moją stronę rękę, i zamarłam. Moje oczy otworzyły się szerzej i usta delikatnie rozdziawiły. Zabrakło mi słów. Przede mną stał sam… EDWARD CULLEN!!! AAA!!! A ja siedziałam jak głupia na mokrym chodniku! Idiotka!

Zerwałam się na nogi i zamrugałam kilka razy, nie wierząc w to, co widzę. On tu naprawdę był. Musiałam go dotknąć i się upewnić, że nie śnię. Rzuciłam się na jego szyję, piszcząc przy tym głośno, mając gdzieś, że ludzie się gapią. Odnalazłam swoją miłość i byłam najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi.

- Edward Cullen! Tak się cieszę, że cię spotkałam! Nie mogę w to uwierzyć! Specjalnie przyjechałam i naprawdę cię odnalazłam! Jestem taka szczęśliwa! – krzyczałam, podskakując z radości.

- Umm… Jestem Robert Pattinson… Ja tylko gram Edwarda – odpowiedział cicho.

Zaśmiałam się. Był taki dowcipny.

- Oczywiście, Edward. Wiesz, jaki dzisiaj jest dzień, prawda? Naprawdę się cieszę, że akurat dzisiaj cię spotkałam. Chcę, żebyś był moim walentynkiem! – Uśmiechnęłam się do niego szeroko.

- Ale ja naprawdę jestem aktorem i tylko gram Edwarda. Edward nie istnieje – powiedział głośniej, pocierając twarz dłońmi.

Pokręciłam głową z niedowierzaniem. Nie ze mną te numery, mój drogi, pomyślałam. Chwyciłam go za rękę i pociągnęłam za sobą, nie wiedząc zupełnie, gdzie idę. Słyszałam, jak mamrotał coś pod nosem, szurając nogami po chodniku. Był idealny. Wyglądał trochę inaczej niż w filmie, ale i tak był cudowny. Te jego poczochrane włosy… Potrząsnęłam głową, wiedząc, że musiałam przestać o tym myśleć. Poczułam, jak szarpnął moją ręką, gdy się zatrzymał w miejscu.

- Możesz mi wytłumaczyć, co robisz? – spytał, patrząc na mnie groźnie.

- Chcę, byś był moim walentynkiem! – krzyknęłam.

Uderzył się dłonią w czoło i pokręcił głową, jakby nie mogąc uwierzyć w to, co właśnie powiedziałam. Przecież to było jasne, że chcę, by spędził ze mną walentynki. Przez moment wyglądał, jakby się nad czymś zastanawiał. W końcu coś postanowił. Zaczął biec w przeciwną stronę niż szliśmy razem. Musiałam go gonić! Ruszyłam za nim, chcąc go dogonić jak najszybciej. Zdałam sobie sprawę, że nigdzie go nie widzę.

- Cholera! – krzyknęłam, przystając i próbując złapać oddech.

Nie było go nigdzie w pobliżu. Pozwoliłam mu uciec. Byłam zła na siebie. Tak bardzo marzyłam o spotkaniu go, a gdy w końcu go odnalazłam – uciekł mi. Zapomniałam, że wampiry są ultraszybkie i jako człowiek nie miałam z nim szans. Co ja sobie myślałam… To by było zbyt piękne, gdyby został ze mną, nie uciekł ani nic.

Zawróciłam i szłam powoli chodnikiem, wyrównując oddech i rozglądając się dookoła, czy nikt nie widział mojej dzikiej pogoni za Edwardem. Nikogo nie widziałam, dopóki z jakiegoś sklepu nie wyszedł jakiś mężczyzna, przypominający sylwetką Edwarda. Przyspieszyłam, żeby z nim wyrównać. To było on!

- Edward, jak się cieszę, że cię znalazłam! Zaczynałam już myśleć, że uciekłeś przede mną. – Uśmiechnęłam się do niego szeroko, chwytając jego rękę.

Musiałam się nacieszyć jego obecnością, póki tu razem byliśmy. Co miało być jutro, mnie nie interesowało. Spojrzał na mnie, jakby naprawdę przerażony i wyrwał dłoń z mojego uchwytu. Znowu zaczął uciekać, a ja biegłam za nim, krzycząc, żeby się zatrzymał. Przecież nie chciałam zrobić mu krzywdy. Chciałam tylko pokazać mu, jak bardzo go kochałam. Przecież to nic złego.

- Dziewczyno, nie jestem Edwardem! Spójrz w moje oczy! Jakiego są koloru? Zielone! Zielone! Zielone! – krzyczał, gdy pozwolił się w końcu dogonić.

Spojrzałam w jego oczy, tak jak chciał, i się przestraszyłam nie na żarty. To nie było ani trochę śmieszne. On naprawdę miał zielone oczy a nie złote.

- Ale… ale dlaczego? Po co nosisz szkła kontaktowe? – spytałam, zdezorientowana.

- Nie noszę kontaktów, to są moje prawdziwe oczy. Nie rozumiem… ty naprawdę jesteś tak głupia i wierzysz w wampiry? Dziewczyno, to tylko fikcja.

Moje oczy wypełniły się łzami. To nie mogła być prawda! Wampiry istniały – musiały. Skąd autorzy książek o nich wiedzieliby, jakie są? Przecież nikt by ich sobie nie wymyślił.

- Och, okej. Rozumiem… – odpowiedziałam i spuściłam głowę, nie chcąc zobaczyć, że zaraz się rozpłaczę. – Pójdę już, do widzenia.

- Ale… to nie miało tak być. Słuchaj, nie jestem Edwardem, ale przyjechałaś tu specjalnie, żeby spotkać Cullenów? Powiedzmy, że mogę być Edwardem przez kilka godzin dzisiaj – powiedział Edward.

- I tak jesteś Edwardem! – krzyknęłam i rzuciłam mu się na szyję.

Pokręcił głową, śmiejąc się i poklepując mnie po plecach.

- Czyli będziesz moim walentynkiem, Edwardzie Cullen? – spytałam.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
ola7194
Capofamiglia



Dołączył: 14 Sie 2010
Posty: 1085
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 3 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: szczecin

PostWysłany: Pon 21:48, 21 Lut 2011 Temat postu:

8.



Jeden z Miliona Dwustu Tysięcy Trzystu Czterdziestu Pięciu


***

„...żadna wielka miłość nie umiera do końca. Możemy do niej strzelać z pistoletu lub zamykać w najciemniejszych zakamarkach naszych serc, ale ona jest sprytniejsza – wie, jak przeżyć. Potrafi znaleźć sobie drogę do wolności i zaskoczyć nas, pojawiając się, kiedy jesteśmy już cholernie pewni, że umarła, albo, że przynajmniej leży bezpiecznie schowana pod stertami innych spraw...”

Jonathan Caroll; „W ciszy”

Miasto, które nigdy nie śpi, godzina dziewiętnasta trzydzieści dwie i trzynaście sekund. W prognozie pogody na dziś zapowiadano opady śniegu, ale zamiast tego niebo płacze deszczem. Obcasy spacerujących chodnikami, mocno przytulonych do siebie ludzi stukają o betonową nawierzchnię, rozsiewając wokoło drobinki brudnej wody, wymieszanej z resztkami lodu pozostałego po odchodzącej wreszcie zimie. Wystawy sklepowe rozbłyskują pierwszymi neonami. Króluje czerwień i róż. Przepych i wszędobylska słodycz.

Temperatura powietrza to trzydzieści dziewięć i dwie dziesiąte stopnia Fahrenheita. Twarze roześmianych par okala delikatna mgiełka, która rozwiewa się, gdy gestykulują żywo rękami, ganiając się po wąskich alejkach i chowając za latarniami. Wokoło rozbrzmiewa beztroski śmiech i, o dziwo, nie słychać już odgłosu silników samochodów. Wszyscy porzucili zwyczajowe środki transportu, chcąc być w ten jeden jedyny dzień w roku choć trochę romantycznym, choć trochę oryginalnym, choć trochę zakochanym.

W radio wciąż puszczają stare sprawdzone przeboje z listy „Top 100 love songs”, a z głośnika zamocowanego nad wejściem do małego sklepiku z upominkami dobiegają właśnie uszu przechodniów dźwięki „Love me tender”, Elvisa Presley’a. Facet z budki z hot-dogami notuje dzisiaj rekordowe zyski w sprzedaży. Naciąga na biodra kusą firmową kurtkę i rozdaje więcej uśmiechów niż przez ostatnie trzy tygodnie pracy przy Ocean P.K.W.Y.

Czternasty lutego 2011 roku to podobno wyjątkowy dzień dla każdego z przedstawicieli populacji tego miasta, która liczy sobie, bagatela, dziesięć milionów dziewięćset pięćdziesiąt tysięcy osób. Nie chodzi już nawet o medialną nagonkę czy chęć pokazania się znajomym. Dziś króluje miłość. Dziś każdy może być kimś, kto wart jest czułości.

Trzecia w kolejce do budki z hot-dogami dziewczyna wydmuchuje gorące powietrze na swoje zmarznięte dłonie. Jej zarumieniona od chłodu twarz chowa się pod obszytym futerkiem kapturem, podczas gdy ona sama uwalnia spod spodu swoje długie ciemne włosy. Ma na sobie elegancką spódnicę i stylowe kozaki od znanego projektanta, choć nikt nie musi przecież wiedzieć, że kupiła je na wyprzedaży w galerii handlowej. Gdyby przyjrzeć się jej nieco lepiej, można by odkryć, że na jej zabarwionych uroczą purpurą policzkach jawią się ślady po łzach. Co prawda przyschnięte i osuszone wiatrem, ale nadal widoczne, nadal chwytające za serce.

Nieznajoma przesuwa się machinalnie do przodu w kolejce, trzymając w ręku banknot pięciodolarowy. Jej oblicze nie obrazuje sobą kompletnie niczego. Stanowi maskę pustki, obojętności i pozornej akceptacji swojego losu. Losu najmłodszej córki z wielodzietnej rodziny, zamieszkującej Nowy Jork od trzech pokoleń. Losu średnio zamożnej studentki z przedmieścia, która zamarzyła o czymś lepszym niż przejęcie rodzinnego biznesu po wiecznie zapracowanym ojcu. Losu piątego dziecka czwartego syna dzielnego żołnierza, który wyemigrował do Stanów z Kanady w okresie gospodarczego kryzysu – dziecka urodzonego dokładnie w noc Wigilii Bożego Narodzenia. W noc bardzo wyjątkową.

– Dla ciebie, słoneczko? – pyta sprzedawca, pocierając dłonie o siebie i uśmiechając się do niej zachęcająco.

Filigranowa brunetka wyrywa się z zamyślenia, wysuwając przed siebie banknot pięciodolarowy.

– Z podwójnym serem, bez dodatków – mówi, odwracając celowo głowę od majaczącej na lewo wystawy sklepowej.

Różowe, migoczące serca w liczbie co najmniej setki przyzywają przechodniów, którzy przystają przy ekspozycji, zwabieni jej urokiem niczym ćmy światłem, a nastoletnie dziewczęta rozczulają się nad pluszowymi misiami we wszystkich rozmiarach i kolorach.

Nieznajoma krzywi się nieznacznie pod nosem, wracając do wpatrywania się w dłonie sprzedawcy, które pracują z prędkością światła, komponując przekąskę dla pięknej ciemnookiej. Mężczyzna szybko przygotowuje jej zamówienie, od czasu do czasu zerkając na nią kątem oka.

– Jesteś dziś moją tysięczną klientką – zagaduje, widząc przyschnięte ślady na jej policzkach. – Dlatego zachowaj, proszę, swoje pieniądze. Firma stawia, słoneczko. Wesołych Walentynek.

Brunetka cała sztywnieje, wreszcie kiwając głową.

Zagryza z roztargnieniem dolną wargę, chowając banknot do kieszeni i przypatrując się, jak facet od hot-dogów polewa jednego z nich musztardą i ketchupem.

– Dziękuję – odpowiada uprzejmie, odbierając swoje zamówienie.

Gęsta para unosi się znad przekąski, a nieznajoma wciąga zapach jedzenia w nozdrza, przymykając przy tym powieki.

Już ma uczynić miejsce kolejnemu wygłodniałemu obywatelowi z kolejki, kiedy sprzedawca zatrzymuje ją jeszcze zawołaniem:

– A gdzie twój chłopiec, słoneczko? Spóźnia się?

Śliczna brunetka zwiesza głowę, a w jej oczach pojawia się ślad po wilgoci. Elektroniczny zegar na pobliskim budynku wskazuje tymczasem godzinę dziewiętnastą czterdzieści trzy.

– Nie, proszę pana – odpowiada, wykręcając się do niego plecami. – Nie przyszedł. – To rzekłszy, idzie prosto przed siebie, rozchlapując obcasami kałuże pozostałe po topniejącym śniegu, a jej drogie obuwie zatapia się w błocie, przemierzając kolejne połacie betonowej nawierzchni.

Niektórzy przechodnie potrącają ją łokciami. Niektórzy, mijając ją, szturchają się lekko w bok, dumając nad zjawiskowym pięknem tajemniczej nieznajomej. Jeszcze inni nawet jej nie zauważają, wpatrzeni jedynie w swoje drugie połowy.

Musicie bowiem wiedzieć, że świat opiera się na cyfrze dwa.

Dwie bratnie dusze. Dwoje bliźniąt. System dwójkowy. Człowieka nie stworzono do życia w pojedynkę. Dwa to symbol przeznaczenia. Dwa to oś wszelkiej harmonii.

Wilgoć pod powiekami dziewczyny staje się trudna do stłumienia. Wszystkie jej emocje, te cienkie struny, na których dawno nikt nie grał, drżą teraz niebezpiecznie, kiedy ona próbuje o nim po prostu zapomnieć. Najmłodsze z piątki rodzeństwa potrafi walczyć o swoje. Jest przyzwyczajone do klęsk i przykrości. Żadne z jej doświadczeń nie obejmuje jednak zawodów sercowych.

Trzynasta pozycja na liście stypendialnej, a obok niej zapisek: Isabella Marie Swan, córka Charlesa i Renee Swanów, stypendium za wyniki w nauce.

Tak mało i wiele zarazem. Skondensowana dawka informacji, opisująca osobę z krwi i kości, która przyszła na świat dwudziestego czwartego grudnia 1988 roku gdzieś w stanie New Jersey. Gdzie dokładniej? Podobnego wpisu niestety w aktach nie zamieszczono.

Teraz, kiedy już znacie tożsamość ślicznej brunetki z ulicy Ocean P.K.W.Y w Nowym Jorku, możecie śledzić jej poczynania z konkretnym do tego ustosunkowaniem. Wiecie już, jak wygląda, jak się nazywa i że jest samotna w Walentynki. Że wystawił ją chłopak. Że mimo usilnych prób zgrywania obojętności, jej serce po cichu krwawi, a ona brnie przed siebie bez żadnego konkretnego celu, marząc jedynie o tym, by stać się częścią miejskiej arterii.

Z głośnika zamocowanego przed wejściem do popularnej w Brooklynie restauracji dobiegają przechodniów dźwięki pozycji numer dwadzieścia jeden z listy „Top 100 love songs”. „Everything I do, I do it for you” Bryana Adamsa. Ckliwa nuta opowiadająca o uczuciu i poświęceniu. O oddaniu ponad wszystko. O ślepej, bezinteresownej miłości.

Bella ma chęć zatkać sobie uszy, ale tłumi tę pokusę głęboko w sobie, postanawiając dostrzec także te jasne strony obecnej sytuacji. Ostatnie z piątki rodzeństwa nie boi się śmiać z samej siebie. Drwić z własnej naiwności.

Wysoki mężczyzna w czarnym smokingu zastępuje jej nagle drogę, wyrastając przed nią niczym przystojna ludzka góra o dobrodusznej twarzy. Mimo iż dziewczyna próbuje go wyminąć, on stale stoi przed nią, nie pozwalając jej poczynić choćby kroku naprzód. Pod pachą trzyma naręcze róż i właśnie jedna z nich wyfruwa ku pannie Swan, kusząc swą czerwienią i świeżością.

– Ładny kwiatek dla ładnej dziewczyny. – Nieznajomy kłania się w pas, szeroko zataczając dłonią. Na jego głowie spoczywa cylinder, a staroświecka muszka przywodzi na myśl czarno-białe romanse rodem z niemego kina.

Bella zamiera, znowu tłumiąc w sobie emocje. Dziś wszyscy są dla niej tacy mili. Każdy chce sprawić jej radość. Każdy, tylko nie On.

– Nie, dziękuję – odpowiada, podejmując kolejną próbę wyminięcia dżentelmena w czerni.
On kręci na to głową, klękając przed nią na jedno kolano.

– Bądź tak miła, piękna panno, i zrób przyjemność biednemu chłopakowi. Zostało mi tylko dziesięć róż do rozdania. Dziesięć prześlicznych, świeżych róż i pójdę wreszcie do domu.

Brunetka zastanawia się, co zrobić, wpatrując się w jego dobroduszne oczy. Nawet o tym nie wiedząc, patrzy na niego, dostrzegając tak naprawdę nie postać z niemego kina, ale czekającą na niego w mieszkaniu kochankę. Poprawiającą właśnie obrus na małym stoliku w salonie i po raz dziesiąty z rzędu gaszącą i zapalającą czerwone świece, rzucające przytłumiony blask na butelkę z winem. Wyglądającą z niepokojem przez okno, by spuścić z żalem oczy na widok sylwetki podobnej w zarysie do konturu ciała jej ukochanego, a wchodzącej jednak do sąsiedniego niż ich domu.

To dla niej, nie jego, zrobi panna Swan wyjątek. To dla niej, nie jego, przyjmie niechciany prezent.

Bella wyciąga rękę po kwiat, który spoczywa wreszcie w jej dłoni. Zdaje się być wprost stworzony do jej palców, które przebiegając po pozbawionej cierni łodydze, cieszą się jej kształtem.

– Dziękuję ci, piękna panno. Życie mi uratowałaś. Masz jakieś imię?

Śliczna brunetka waha się, czując, że jego radość jest szczera. Nie ciągnie jej do okazywania uprzejmości, ale dobroć ludzka zasługuje na to, by ją odwzajemnić.

– Bella – odpowiada, lekko się przy tym rumieniąc.

Chłopak wymachuje cylindrem, kłaniając się przed nią w pas.

– Dziękuję ci, Bello. Nazwę cię smutną dziewczyną. Dziewczyną numer dziesięć. Dobrze?

Dziewczyna numer dziesięć.
Dziesięć. Dziesięć. Dziesięć...


– Twój chłopak to wielki szczęściarz, Bello. Ale pewnie o tym wie.

Tak? Naprawdę?

Wystawy sklepowe znowu przywołują ją do siebie różem, pluszem, muzyką i czerwienią. Ktoś obok pyta kogoś o godzinę i tak oto dowiadujemy się, że minęła właśnie dziewiętnasta pięćdziesiąt jeden. Tylko pięćdziesiąt jeden minut spóźnienia. Ale cóż. Mogło być ich więcej.

Bella nie może się już dłużej powstrzymywać. Jej drobne rączki ściskają mocno różę, a ona sama przystaje, tonąc obcasami w błocie i nie zważając nawet na to, że jakaś przebiegająca obok, roześmiana para wytrąca jej z ręki torebkę. To wszystko nie tak. Wszystko nie tak. Dlaczego tak się dzieje?

Czternasty lutego 2011 roku.

To miał być przecież taki uroczy dzień. Ich dzień. Obiecał jej. Przecież jej przysiągł i znowu zostawił ją samą. Dlaczego po ósmym z rzędu razie nadal boli ją to tak samo jak za pierwszym? Dlaczego nie wyciągnęła żadnych wniosków? Bo co? Bo jest głupia? Naiwna? A może to, co nazywa miłością, ponownie ją zaślepia i każe zapomnieć o własnej godności?

Czekała na niego w ich zwyczajowym miejscu. Była tam jak zawsze. Dała się przepychać, popychać, zaczepiać i zagadywać. Zrobiła to dla niego, bo on zapewniał ją, że tym razem się zjawi. I co? Minęło pięćdziesiąt jeden minut, a on nawet nie zadzwonił. Pewnie znowu wykręci się brakiem środków na koncie. I będzie się do niej jeszcze uroczo uśmiechał. Weźmie ją za ręce. Nazwie swoim Aniołem.

Odgłos dudnienia obcasów po chodniku nie alarmuje Isabelli. Łzy wypływają spod powiek brunetki, a jej uczuciowość kurczy się teraz do postaci bólu i goryczy. Nie ma już euforii, nie ma już niecierpliwości. Są tylko strach i zwątpienie. Niepewność i gniew.

– Bello! – woła ktoś, pokonując raz za razem ściany zbudowane ze spacerujących pod rękę ludzi. – Bello, proszę, zatrzymaj się!

Coś w niej kurczy się boleśnie, ale świadomość tego, że on się tutaj zjawił, jedynie każe jej przyspieszyć kroku. Zawód przeobraża się w urażoną dumę, a łzy rozpaczy we łzy wściekłości. Jak on tak śmie? Jak w ogóle może robić jej to na oczach tych wszystkich ludzi? Setek tysięcy wyległych na ulice Nowego Jorku zakochanych Amerykanów?

Wewnętrzny impuls zmusza ją do tego, by skręciła w boczną alejkę odchodzącą od Ocean P.K.W.Y. Coś podpowiada jej, że jeśli to uczyni, ocali choć resztkę swojej dumy i wyjdzie z tej sytuacji z podniesionym wysoko czołem.

Czy słyszy jednak nadawany teraz w radio komunikat? Czy zapadają jej w pamięć słowa spikera, który ogłasza właśnie najświeższe wiadomości?

„W pobliżu Osiemnastej Alei wywiązała się przed momentem przypadkowa strzelanina. Prosimy przechodniów o unikanie tego rejonu miasta, zanim służby porządkowe nie zaprowadzą tam spokoju. Powtarzam. Prosimy o unikanie tego rejonu miasta, zanim funkcjonariusze NYPD nie pojawią się na miejscu zdarzenia. A teraz wracamy do naszej audycji walentynkowej...”

Bella idzie przed siebie, czując, jak łzy spływają w dół po jej twarzy. Nieświadomie kieruje kroki ku swemu przeznaczeniu. Dziewczyna numer dziesięć, smutna dziewczyna, jak nazwał ją dżentelmen w czerni, znajduje się teraz w zupełnie innym świecie. W świecie zemsty i złości. Jest jej źle. Bardzo źle. Nie pojmuje nawet, dlaczego on wciąż ją śledzi.

– Bello! – krzyczy zielonooki chłopak w brązowej skórzanej kurtce, wreszcie do niej dobiegając. – Bello, dlaczego nawet się do mnie nie odezwiesz? Bello!

Jej drobne piąstki zaciskają się, a stopy stają po kostki zagłębione w błocie. Żal ściska jej gardło, a duma nagle schodzi na drugi plan, kiedy on wykręca ją gwałtownie ku sobie, chcąc spojrzeć jej w oczy.

Szmaragd ściera się z onyksem. Nieodpowiedzialność z wrodzonym taktem.

Wybija tymczasem godzina dziewiętnasta pięćdziesiąt dziewięć. Zostało bardzo mało czasu. Dwieście czterdzieści sekund... Dwieście trzydzieści dziewięć sekund... Dwieście trzydzieści osiem...

– A co chciałbyś usłyszeć? – odpowiada w końcu dziewczyna, a głos jej niebezpiecznie drży. – Że wprost nie mogę się nacieszyć, że cię widzę? Że to najwspanialsze Święto Zakochanych, jakie dotąd przeżyłam? Że mam ochotę cię wyściskać? No co? Co chcesz usłyszeć, Edwardzie?! – Jej ciało trzęsie się w amoku, kiedy łzy znajdują jakoś drogę ujścia spod powiek.

Ślady na policzkach zakwitają czerwienią, a on, Edward Cullen junior, gapi się na ukochaną, wiedząc, że ta strasznie cierpi. Wyrzuty sumienia wypełniają jego wnętrze, a złość na Jaspera Hale’a, który przetrzymał go w ich studiu nagraniowym, zmienia się w setki różnych wymówek.

Edward to przecież artysta, a tym zdarza się tracić poczucie czasu. Wrażliwe dusze mają to do siebie, że zamykając się w mydlanej bańce doskonałości, dryfują w próżni, gdzie żadne liczby i prawidła nie obowiązują. Czasem zdarza się im zapomnieć o teraźniejszości. Czasem popełniają błędy, ale któż z nas jest od nich wolny?

Ten chłopak kocha swoją dziewczynę. Być może udowadnia jej to w zły i nietrafiony sposób, ale skoczyłby za nią w ogień, gdyby ona tylko mu na to pozwoliła. Gdyby tylko. Gdyby.

– Bello... Ja...

Panna Swan wyrywa mu swoją rękę. Wszystkie emocje właśnie znajdują swoje ujście. Nadpróchniała tama pęka, zalewając przystojnego Cullena potokiem zranionej godności i dumy piątej córki.

– Bello, Bello, Bello! – wrzeszczy ona, nie starając się nawet walczyć ze łzami. – To miały być nasze Walentynki, Edwardzie. NASZE!

W jego oczach odmalowuje się ból, ale on sam nie próbuje jej już przepraszać. Zna ją na tyle, by orientować się, że musi się wykrzyczeć. Nie przekonają jej argumenty i wymówki, które trafiają do innych łatwowiernych kobiet. Osóbka wychowana w rodzinie z tradycjami hołduje własnym zasadom, których trzyma się bez względu na okoliczności. Wierzy w inne rzeczy niż pozostali. Dba o inne wartości.

– Wiem – mówi w końcu Edward, spuszczając wzrok ku wilgotnej ziemi. – Wiem, Bello. Ja... Ja strasznie cię przepraszam. Jedyne, co mam na swoje usprawiedliwienie to to, że próbowałem w końcu skończyć twoją piosenkę. Kocham cię, Bello. To miał być twój prezent...

Łzy dalej płyną po zarumienionych policzkach, ale teraz wywołuje je coś jeszcze. On chciał jej sprawić upominek. To dlatego się spóźnił. Tak, tak. Oczywiście.

Sto pięć sekund... Sto cztery sekundy.. Sto trzy...

– Nic mnie to nie obchodzi! – krzyczy ona, wykręcając się przy tym na pięcie. – Schowaj swoje kłamstwa na inną okazję! A teraz zostaw mnie! Nie chcę cię więcej widzieć! – To rzekłszy, odbiega spiesznie w mrok, łkając pod nosem.

– Bello! – Przystojny chłopak stara się zrównać z nią krokiem, ale ona zawsze była bardzo dobra w biegach na długie dystanse. – Bello, kochanie, przepraszam cię!

Piętnaście sekund... Czternaście sekund... Trzynaście...

– Bello!

Droga Isabello Swan, córko Renee i Charlesa. Dlaczego zbagatelizowałaś komunikat radiowy? Dlaczego mimo ostrzeżeń postanowiłaś odwiedzić Osiemnastą Aleję?

Kiedy pada strzał, młody Cullen akurat podbiega do swojej ukochanej. Widząc, na co się zanosi, popycha ją na ziemię, a sam zasłania jej drobne ciałko swoim, rozsuwając szeroko ramiona i wydając z siebie nieartykułowany dźwięk.

Czas na moment przystaje, sącząc się wolno jak piasek w klepsydrze.

Trzy sekundy... Dwie... Jedna...

Czarne BMW z przyciemnianymi szybami przejeżdża obok, a wysunięta przez szczelinę w oknie lufa pistoletu nakierowuje się na pierś chłopaka.
Strzał. Zapach prochu. Głośny pisk opon. Nicość. Zupełnie nic.
Edward osuwa się na ziemię, a spomiędzy jego palców wypływa gęsta krew.
Bella wrzeszczy przerażona, zmierzając do niego na czworakach.

– Edwardzie! – łka, układając sobie jego głowę na kolanach. – Boże, kochanie! Błagam, zostań ze mną! Nie umieraj! Błagam cię!

Jego tęczówki mętnieją, jednak na wargach wciąż drga słaby uśmiech. Usta miedzianowłosego poruszają się, jakby wypowiadały słowa: „kocham cię”, a potem nieruchomieją, kiedy on sam mdleje.

Panna Swan wrzeszczy wniebogłosy, potrząsając jego ramionami.

– Edwardzie! – krzyczy. – Przepraszam cię! Ja tak wcale nie myślę! Boże, proszę cię, nie!

Cisza. Tylko cisza w dziesięciomilionowym dziewięćset pięćdziesięciotysięcznym mieście, które nigdy nie śpi.

– Edwardzie!

– Proszę pani? – Znikąd wyrasta sanitariusz, a w ślad za nim pojawia się dwóch kolejnych z noszami. – Nic pani nie jest?

Bella unosi twarz znad klatki piersiowej ukochanego, a jej blade policzki noszą znamię jego krwi.

– Ratujcie go! – błaga brunetka. – Ratujcie!

Mężczyźni przyklękają przy Edwardzie Cullenie, badając mu puls.
Panna Swan szarpie ich za rękawy, błagając o postawienie jednoznacznej diagnozy.

– I co? Boże najświętszy! I co?! Niech mi pan coś powie! – prosi, krztusząc się łzami, jakie wypełniają jej przełyk.

Sanitariusz odwraca się w jej stronę, spoglądając na nią przyjaźnie. Kładzie jej rękę na ramieniu, patrząc głęboko w oczy.

– Nic mu nie będzie. Miał wielkie szczęście. Nabój wyminął serce i przeszedł na wylot przez plecy. Powinien wyzdrowieć, a teraz zwyczajnie zemdlał, bardziej ze strachu niż z utraty krwi. Może pani jechać z nami. Prawdopodobieństwo otrzymania rany postrzałowej wynosi dokładnie jeden do miliona dwustu tysięcy trzystu czterdziestu pięciu. Trzeba być w czepku urodzonym, aby narazić w ten sposób swoje życie i do tego przeżyć.

Wsiadając do karetki pogotowia, Bella po raz pierwszy od czasów dzieciństwa szczerze modli się do Boga. Trzymając w dłoni rękę ukochanego, który wreszcie na nowo oddycha, dziękuje łaskawemu Panu za to, że nie ukarał jej za jej spontaniczny gniew. Że nie pozwolił jej żyć w poczuciu winy z powodu nierozwiązania sprawy dla niektórych bardzo błahej, bardzo prozaicznej. Dla niej może i ważnej, ale tylko w ten konkretny dzień, tylko o tej konkretnej godzinie. Czternastego lutego 2011 roku. W Walentynki.

Jutro, pojutrze, za miesiąc to przecież przestanie się już dla nich obojga liczyć. By przeżyć postrzał w klatkę piersiową, potrzeba niesamowitego szczęścia. By odnaleźć wielką miłość, nie wystarczy prawdopodobieństwo jeden do miliona dwustu tysięcy trzystu czterdziestu pięciu.

Trzeba do tego czegoś więcej. O wiele, wiele więcej...


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
ola7194
Capofamiglia



Dołączył: 14 Sie 2010
Posty: 1085
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 3 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: szczecin

PostWysłany: Wto 0:10, 22 Lut 2011 Temat postu:

9.

Pieniądze szczęścia nie dają.


- Gdzie jesteś? – Cichy, konspiracyjny szept Jaspera rozległ się w mojej słuchawce. Poprawiłam ją wciskając mocniej do ucha i spojrzałam na zegarek.

- Ile minut? – zignorowałam jego pytanie.

- Siedemnaście. Gdzie jesteś? – powtórzył.

- Zdążę – wyszeptałam.

- Jak to zdążysz? Jeszcze jesteś w jego apartamencie? – zapytał zdziwiony.

- Przestań do mnie gadać, bo nie mogę się skupić – odparłam odgarniając włosy z czoła – Daj znać jak będą na moim piętrze.

Wstrzymał na chwilę oddech, po czym wydarł się na mnie.

- Spierdalaj stamtąd! Natychmiast! To nie jest…

Wyłączyłam słuchawkę, wyciągnęłam ją z ucha i schowałam do kieszeni. Wraz z głębokim oddechem wyciszyłam umysł, aby ponownie skupić się na zadaniu.
Złamałam kolejne wiertło. Z czego, do cholery, jest ten sejf?

Przyłożyłam dłoń do czarnej, półmatowej powierzchni grubych na jakieś pięć centymetrów drzwi. Bez wątpienia pokryte były tytanem, pancerne i ogniotrwałe. Wyczuwałam to nawet przez cienkie, chirurgiczne rękawiczki jakie miałam założone na dłonie. Zamka nie potrafiłam otworzyć. Z tradycyjnym, szyfrowym nie miałabym problemów, takie brałam na wyczucie, ale te elektroniczne nie chciały ze mną współpracować. Po dwóch próbach porzuciłam metodę „po dobroci”. Nie mogłam ryzykować, że moja trzecia pomyłka włączy alarm. Odłączyłam od zamka całą elektronikę, która dawała mi zbyt wiele kombinacji złamania szyfru i zabrałam się za bardziej inwazyjną metodę.

Spojrzałam na zegarek. Miałam jeszcze chwilkę.

Uzbrojona w małą, poręczną wkrętarkę najpierw nawierciłam dwa otwory. Jeden na sondę, drugi aby wyciągnąć kable od systemu alarmowego i zabezpieczającego cztery rygle; dwa poziome i dwa pionowe. Znałam tego rodzaju sejfy. W sumie, to znałam wszystkie…

Wnętrze widziałam na wyświetlaczu LCD dzięki sondzie, którą wcisnęłam przez otwór ponad zamkiem. Za pomocą kawałka drutu wetkniętego przez drugą dziurę wyciągnęłam po kolei trzy kable. Dwa zielone, jeden czerwony. Oznakowanie jak dla debili.

Przecięłam czerwony. Nic się nie stało. Prawidłowo.
Gdy przerwałam pozostałe dwa, ustąpiły rygle blokujące drzwi.
Chwyciłam srebrną, metalową klamkę, przypominającą ster i przekręciłam ją w prawo ciągnąć do siebie. Otworzyłam sejf na całą szerokość.

W środku była mała, biała koperta.
Przymknęłam nieufnie powieki, jakby ten kawałek papieru mógł mnie za chwilę zaatakować.
Co jest, do cholery? Nie to miało być w środku…
Po chwili wahania wyjęłam kopertę i niepewnie zajrzałam do środka.
Nie wiem czego się spodziewałam. Wąglika? Już prędzej…

Zamiast białego proszku moim oczom ukazała się czerwona kartka w kształcie serca. Na samym środku, schludnym, eleganckim pismem wykaligrafowane było moje imię. Serce zabiło mi mocniej, gdy próbowałam zrozumieć o co w tym wszystkim chodzi. Niepewną, drżącą dłonią rozłożyłam kartkę i zamrugałam szybko, jakbym mogła w ten sposób sprawić, że napis się zmieni. Bezskutecznie. Przeczytałam te dwa krótkie zdania kilka razy zanim dotarło do mnie, kto tak bezczelnie ze mnie zakpił.

Pieniądze szczęścia nie dają. Udanych Walentynek, Moja Piękna.
Zgniotłam kartkę w dłoni, czując jak ogarnia mnie wściekłość.
Ubiegł mnie. Przysięgam, że zabiję tego skurwiela.
Obmyślanie planu okrutnej zemsty przerwał mi głośny, kobiecy śmiech dobiegający z korytarza.
Spojrzałam na zegarek. Minęło siedemnaście minut. Jasper jest dobry.

Zamknęłam sejf, powiesiłam obraz na swoje miejsce i wrzuciłam resztę użytego przeze mnie sprzętu do torby. Rozejrzałam się po apartamencie szukając drogi ucieczki zatrzymując wzrok na kracie wentylacyjnej pod sufitem, przez którą tu weszłam. Była za wysoko. Aby się do niej dostać musiałabym coś podstawić, a wtedy pan Newton od razu zorientował by się, że ktoś był w jego apartamencie i ochrona zaczęła by mnie ścigać. I tak dowie się, że ktoś grzebał mu w sejfie, ale lepiej, żebym wtedy była już bezpieczna. Wcześniej planowałam wyjść normalnie. Drzwiami. Jednak teraz było to już niemożliwe.

Śmiech i odgłosy rozmowy słyszałam coraz wyraźniej i nie miałam pojęcia co ze sobą zrobić. Nigdy jeszcze nie zabiłam człowieka. Nie wiem co na to powiedziałby Aro. Miałam działać dyskretnie. Spojrzałam w stronę okna. Penthaus, najwyższy apartament w tym wieżowcu, znajdował się na trzydziestym siódmym piętrze. Pokręciłam głową. Nie byłam Spidermanem.

Kątem oka zauważyłam, że okrągła klamka drzwi wejściowych przekręca się w prawo. Zaklaskałam w dłonie, aby zgasić światło, wrzuciłam torbę pod łóżko i ostrym wślizgiem podążyłam w jej ślady. Wczołgałam się na sam środek, przyciągnęłam torbę do głowy i oparłam na niej splecione dłonie i brodę. Położyłam się wygodnie i czekałam.

Lokatorzy weszli do środka i zapalili światło.

- Ale ty jesteś zabawny – chichot i niedowład aparatu mowy pani Newton wskazywał na zbyt duże spożycie alkoholu, ale musiałam jej oddać, że miała niezły gust. Co prawda z pozycji w której leżałam widziałam tylko buty, ale takie same szpilki Louboutin miała na sobie Jennifer Lopez w teledysku do piosenki… Co to był za tytuł? Teraz nie da mi to spokoju, aż sobie nie przypomnę.

Powinnam opracować jakiś plan ucieczki, ale atmosfera w pomieszczeniu zaczęła gwałtownie gęstnieć. Odgłosy mokrych pocałunków i jęków wwiercały się w mój mózg nie pozwalając się skupić. Zakryłam uszy dłońmi i zamknęłam oczy, ale od razu je otworzyłam, gdy usłyszałam, że coś ciężkiego upada na podłogę przy Louboutinach.

Czarny, skórzany Hermes Birkin. Zmarszczyłam brwi. Ta torebka kosztuje prawie siedemdziesiąt tysięcy dolarów. Pan Newton jest jednym z najbogatszych ludzi w Nowym Jorku, ale nie należy do osób szczodrych. Jego żona, Jessica nie chodziła tak ekskluzywnie ubrana. Czyli to nie była jego żona… Uśmiechnęłam się pod nosem. Aro nie będzie na mnie tak bardzo zły za moje spóźnienie, gdy podzielę się z nim tą cenną informacją.

Nagle poczułam nad sobą nacisk na materac i cztery nogi zniknęły z mojego pola widzenia. Później na ziemi zaczęły lądować kolejno wszystkie części garderoby kochanków, a podłoga pode mną zaczęła drżeć w rytm poruszającego się łóżka. Słyszałam sapanie, jęki i uderzanie o siebie spoconych ciał, ale nie potrafiłam zrozumieć co takiego ludzie widzą w seksie. Cholerne walentynki. Na śmierć zapomniałam o tym gównianym pseudo-święcie. Westchnęłam zrezygnowana zdając sobie sprawę, że to wszystko za długo trwa. Musiałam wracać jak najszybciej, bo rozwścieczony Aro bywa nieprzewidywalny. Jeszcze gotów sprowadzić tutaj całą armię szaleńców, aby mnie stąd wyciągnąć a ja nie chciałam, żeby się zorientował, że majstrowałam przy sejfie Newtona. Nie taki był plan. To może skończyć się dla mnie bardzo… boleśnie.
A Jasper? Mogę się z nim połączyć w każdej chwili, ale i tak nie pomoże mi w tej sytuacji. Nawet on nie sprawi, że będę niewidzialna. Byłam zdana tylko na siebie. I chwilowo unieruchomiona.

Wlepiłam wzrok w torebkę kochanki Newtona. Też bym taką chciała… Westchnęłam cicho, aby nikt mnie nie usłyszał, ale para nade mną i tak była zbyt zajęta sobą, aby zwrócić uwagę na cokolwiek innego. Przyjrzałam się uważnie, małej, srebrnej kłódce przyczepionej do rączki torby. Każdy model ją ma, ale ta czymś się różniła. Był na niej jakiś grawer. Wyciągnęłam dłoń, żeby przyciągnąć torbę bliżej i przyjrzeć się napisowi, ale zabrałam ją szybko, żeby nie zmiażdżyła mi jej męska stopa…

Dwa nagie pośladki pomaszerowały do łazienki. Ładne to one nie były. Chyba. Nie wiem. W każdym razie Michał Anioł na pewno tego tyłka dłutem nie haratał. Czekałam. Po szybkim prysznicu nagie pośladki wróciły do łóżka gasząc światło. Z przodu wyglądały gorzej niż z tyłu. Chyba. Nie wiem. W każdym razie tak twierdził mój żołądek, który podszedł mi do gardła. Zrobiło mi się słabo. Przeturlałam się na plecy, aby nie zwymiotować. Mięśnie miałam napięte do granic możliwości i bolały niemiłosiernie. Brałam głębokie oddechy starając się rozluźnić ciało, zamknęłam oczy i czekałam.

Po czternastu minutach oboje zasnęli. Ich oddechy stały się głębokie i spokojne, a Newton chrapał. Z kieszonki w wewnętrznej stronie kurtki wygrzebałam małą, podłużną latarkę. Zapaliłam ją przekręcając jej trzon i chwyciłam ją w usta przewracając się na brzuch. Przeczołgałam się do torby tej kobiety i chwyciłam kłódkę podstawiając grawer pod strumień światła. Przeczytałam napis. Tanya D.

No cóż… Tanya na pewno nie była tania.

Przeanalizowałam szybko w myślach listę najbogatszych osób w tym kraju. To imię nic mi nie mówiło. Nie należało do żadnej z kobiet, których stać było na taką torbę. Nie należało również do żony żadnego z takich mężczyzn. Widocznie pan Newton skąpi tylko żonie…

Uklękłam przy łóżku spoglądając na kochanków. Leżeli nadzy, plecami do siebie a nie tak jak się spodziewałam wtuleni w swoje ramiona. Tak wygląda miłość?

Rozejrzałam się po pomieszczeniu szukając możliwości ucieczki. Drzwi odpadały. Nie mogłam ryzykować, że po drugiej stronie była ochrona. Spojrzałam w stronę kraty wentylacyjnej. Za dużo hałasu bym narobiła. Taras? Chociaż zobaczę jak źle to wygląda.

Przeszłam bezszelestnie w stronę okna i odsunęłam grube, ciemne zasłony. Chwyciłam klamkę i przesunęłam ciężkie drzwi, które ustąpiły z cichym syknięciem. Od razu w moje ciało uderzyło mroźne, zimowe powietrze i miejski gwar. Pomimo późnej godziny nocnej Nowy Jork tętnił życiem. Dlatego jakoś znosiłam to miasto. Dostarczało wrażeń nieustannie sprawiając, że zapominałam o tym, o czym nie chciałam pamiętać.

Wyślizgnęłam się na taras i rozejrzałam po okolicy. Nagle usłyszałam za sobą hałas, więc obróciłam się gwałtownie. Drzwi zamknęły się automatycznie. Nie zabezpieczyłam ich. Chwyciłam klamkę, ale zanim ją nacisnęłam i tak już wiedziałam, że byłam tu uwięziona. Zatrzasnęłam się na trzydziestym siódmym piętrze. Powinnam zacząć walić głową po kolei we wszystko co twarde i przeklinać własną głupotę, ale obróciłam się tylko i podeszłam do barierki.

Świat z tej wysokości wyglądał zupełnie inaczej. Kolorowe światła migotały w oddali posyłając blask na przejeżdżające między budynkami samochody. Ludzi nie dostrzegałam w ogóle. Widziałam jedynie ściany drapaczy chmur w oknach których gdzieniegdzie paliły się światła. Ten widok powinien być piękny i zapierać mi dech w piersiach. Nie zapierał. Nie wiem czy cokolwiek by mogło.

Sięgnęłam do kieszeni, aby wyciągnąć z niej słuchawkę i połączyć się w Jasperem. Była pusta. Przeszukałam kurtkę i bojówki. Nigdzie jej nie było. Musiała mi wypaść. Miałam ochotę krzyczeć, ale jedynie odwróciłam się w stronę drzwi i omiotłam wzrokiem ścianę. Dach był wysoko, zwieńczony grubym, betonowym występem i przypominał mury obronne średniowiecznych zamków. Lubiłam się wspinać, robiłam to trzy razy w tygodniu, ale w tej chwili musiałam zejść na dół, albo wejść do środka, a nie na dach. Moim jedynym ratunkiem był sąsiedni apartament i nikła nadzieja, że nieostrożny lokator nie zamknął tamtych drzwi. Spojrzałam krytycznym wzrokiem na taras oceniając odległość. Trzydzieści metrów. Ale nie miałam wyjścia. Musiałam się tam przedostać.

Zarzuciłam sobie torbę na plecy, ściągnęłam rękawiczki, aby mieć lepszą przyczepność i wsadziłam je do kieszeni kurtki. Splotłam ze sobą palce rozluźniając dłonie i wzięłam kilka głębokich wdechów, aby się dotlenić, bo rozciągnięte ramiona będą powodowały nacisk żeber na płuca i uniemożliwiały mi swobodne oddychanie. Podeszłam do barierki i przełożyłam przez nią nogi. Usiadłam patrząc na gzyms. Był trochę krótszy niż długość mojej stopy, ale to nic. Najważniejsze, że palce się zmieszczą, tyle mi wystarczy. Przysunęłam się do ściany i dotknęłam stopą występu.

Nie patrz w dół, nie patrz, powtarzałam w myślach, ale w sumie dlaczego mam nie patrzeć? Spojrzałam. Dawno nie byłam tak wysoko na zewnątrz budynku.

Ciekawe, czy jakbym spadła z tej wysokości coś bym poczuła?
Podobno człowiek przed upadkiem traci przytomność ze strachu. Ja bym nie straciła. Swoją drogą, zastanawia mnie, w jaki sposób naukowcy do tego doszli.

Potrząsnęłam głową, jakbym chciała wyrzucić z niej głupie myśli i ściągnęłam mocniej koński ogon. Wsadziłam za uszy niesforne kosmyki, które porywisty wiatr szarpał we wszystkie strony i postawiłam całą stopę na gzymsie. Gdy poczułam pewne i solidne, choć niewielkie podłoże wyciągnęłam dłonie szukając palcami jakichkolwiek szczelin w ścianie. Uczepiłam się kurczowo i przywarłam całym ciałem do nierównej, betonowej powierzchni przyciągając drugą stopę. Policzek przycisnęłam do ściany i patrzyłam w stronę krańca mojej wędrówki. Mięśnie miałam tak napięte, że niemal czułam jak się rozdzierają z każdym moim oddechem i niewielkim nawet ruchem. Rozpostarłam szeroko ramiona i zaczęłam powoli, metodycznie przesuwać się w bok. Torba na plecach ciągnęła mnie do tyłu, ale nie mogłam jej porzucić. Miałam w niej bardzo ważną rzecz. Zrobiłam kolejny krok w bok i poczułam, że noga opada mi w dół wraz z kawałkiem gzymsu. Jęknęłam wczepiając palce mocniej w ścianę. Przyciągnęłam stopę, stanęłam stabilnie i spojrzałam w dół. Nie dosięgnę. Odleciał ponad metr betonu. Boże, proszę, aby nikt tam na dole akurat nie przechodził… Serce waliło mi jak szalone napędzane mieszanką adrenaliny i strachu. Oddech skrócił się niebezpiecznie sygnalizując zbliżającą się panikę. Zacisnęłam szczękę, odwróciłam twarz i zaczęłam wracać na taras.

Gdy do niego dotarłam ledwo żywa przerzuciłam się przez barierkę. Padłam na plecy czując jak bezsilność, zmęczenie i złość wyciskają z moich oczu łzy. Nie chciałam płakać. Nie robiłam tego od śmierci rodziców, kiedy obiecałam sobie, że już nic więcej mnie nie złamie. Nawet Aro. Szczególnie on. Automatycznie spojrzałam na moje nadgarstki, które zdobiły srebrne bransolety. Ich widok zbudził moją furię i już chciałam zacząć krzyczeć, gdy nagle coś czarnego mignęło mi przed oczami.

Uśmiechnęłam się pod nosem, gdy rozpoznałam znajomą uprząż i spojrzałam w górę. W jedną dłoń chwyciłam zwisającą linę, a drugą pomachałam do Emmetta, który stał na dachu i szczerzył się do mnie głupio. Wstałam, owinęłam się sznurem sprawdzając wszystkie zapięcia dwa razy i szarpnęłam mocno, aby dać przyjacielowi znak, że może mnie wciągnąć.

Gdy po kilku minutach stanęłam naprzeciwko niego uśmiechnęłam się dziękując za pomoc. Najchętniej rzuciłabym się mu na szyję, ale wolałam nie ryzykować. Gdzieś w pobliżu mogła być Rose… Do tej pory nie może mi wybaczyć, że Em kiedyś mnie pocałował. Ja też nie mogę mu tego wybaczyć. Najchętniej stłukłabym go na kwaśne jabłko za różne rzeczy, ale on jest trzy razy ode mnie większy. I uratował mi życie więcej razy niż ja jemu. I przeze mnie miał paskudną bliznę po oparzeniu ciągnącą się od policzka aż po klatkę piersiową.

Wzięłam głęboki oddech odpychając od siebie wspomnienia.

Emmett odchrząknął znacząco. Nie lubił gdy patrzyłam na niego w ten sposób. Z poczuciem winy.
Skrzyżowałam ramiona na piersiach i tupnęłam nogą.

- Co tak długo?

- Przytyłaś – skwitował rozbawiony.

W odpowiedzi jedynie rzuciłam go uprzężą.

- I co dalej? – Poprawiłam włosy, które przez silny wiatr wyswobodziły się z kucyka.

- No nie wiem… dieta?

Przewróciłam na niego oczami.

- Pytam o to jak się stąd zwiniemy.

- A myślisz, że jak się tutaj teleportowałem? – roześmiał się i wskazał za siebie. – Widzisz te cacko?

Wychyliłam się aby zobaczyć coś więcej niż jego szerokie bary i zaniemówiłam z wrażenia.

- Umiesz to pilotować? – wysapałam nie mogąc oderwać wzroku od helikoptera. Policyjnego. Wolałam nie pytać skąd go ma. I tak nie powiedziałby prawdy.

- Ja nie, ale Jasper tak. – Spojrzał na mnie zdziwiony, że się nie domyśliłam. No tak. Jasper potrafił poruszać się każdym, możliwym środkiem transportu. Tylko nie własnymi nogami.
Westchnęłam smutno, gdy zobaczyłam jego sylwetkę za sterami maszyny. Emmett otworzył mi drzwi i klepnął w tyłek, kiedy ociągałam się żeby wejść. Zrzuciłam torbę z ramienia i wepchnęłam pod siedzenie.

- Cześć. – Uśmiechnęłam się blado, ale Jasper nawet na mnie nie spojrzał. Był zły, że rozłączyłam się z nim na akcji i wszystko skomplikowałam. Westchnęłam cicho. – Przepraszam.

- Mam nadzieję, że chociaż masz to, co chciałaś. – Odpalił silnik maszyny, a ja zrozumiałam, że nie ma na myśli płyty z danymi, które skopiowałam z twardego dysku Newtona, ale zawartość jego sejfu.

- Skąd wiesz, że próbowałam?

- Bo on cię zna. Wiedział, że nigdy nie możesz się oprzeć.

Przełknęłam ślinę.

- Jaki on? Aro?

Roześmiał się kpiąco, ale nie odpowiedział. Zmarszczyłam brwi zdziwiona jego zachowaniem. Spodziewałam się wykładu o odpowiedzialności, narażaniu życia i powodzenia akcji. A tutaj nic… Spojrzałam pytająco na Emmetta, jednak on był bardzo zajęty kontemplowaniem sufitu i udawaniem, że nie wie o co chodzi.

Wzdychając zrezygnowana wyciągnęłam z kieszeni zmięte, czerwone serce. Prawda była taka, że nie miałam tego po co poszłam.

- Chłopaki, będę potrzebowała waszej pomocy.

- Ha… – Emmett zaśmiał się triumfalnie - …Jasper, wisisz mi pięć stów.

Jak Boga kocham, ja ich czasami nie rozumiem.


***


Nie wiem jak długo stałam w rogu jego sypialni i patrzyłam jak śpi. Powinnam już dawno to załatwić i wyjść pozostawiając za sobą ten smutny epizod mojego życia, a tkwiłam w drzwiach jak ostatnia kretynka. Aby nie przeciągać tego dłużej zaczęłam w końcu działać. Ściągnęłam buty, aby bezszelestnie podejść do łóżka. Miękka wykładzina czule pieściła moje bose stopy, klimatyzacja chłodziła powietrze rozgrzane przez moją buzującą w żyłach adrenalinę, a skórzana, dopasowana kurtka zaskrzypiała charakterystycznie, gdy z wewnętrznej kieszeni wyciągnęłam mojego glocka.

Stanęłam nad Edwardem. Pomimo półmroku widziałam jego sylwetkę bardzo dokładnie. Pełnia księżyca nieśmiało zaglądająca przez ciężkie zasłony posyłała blask na jego skórę uwypuklając każdy mięsień, resztę pozostawiając w cieniu. Klatka piersiowa opadała i unosiła się rytmicznie, gdy oddychał spokojnie przez delikatnie rozchylone usta. Jedną rękę zarzuconą miał nad głowę, drugą przytrzymywał w pasie prześcieradło, jakby w obawie, że księżyc się zarumieni zmieniając w słońce, gdy cienki materiał zsunie się z jego bioder i wyjdzie na jaw, że śpi nago. Wyglądał uroczo.

Ale to nie zmieniało faktu, że był skurwielem.

Już wtedy powinnam się domyślić, że coś było nie tak. Edward nigdy nie sypiał sam.
Ale on zawsze potrafił uśpić moją czujność. Nawet wtedy, gdy spał.

Stałam tak przez dobrą minutę celując bronią prosto w jego serce, aż zdałam sobie sprawę, że dłoń mi się trzęsie. Zmarszczyłam brwi. To było bez sensu. Wyprostowałam łokieć i podparłam rękę drugą dłonią, ale wtedy zaczęły drżeć mi kolana. Nie mogąc ustać na nogach weszłam na łóżko i delikatnie usiadłam na udach Edwarda.

Uśmiechnął się uchylając jedno oko.

- Gdybym wiedział, że muszę dać ci walentynkę, aby mieć cię w swoim łóżku to zrobiłbym to już pięć lat temu.

Pięć lat? To już tyle czasu minęło odkąd podniósł mi ciśnienie po raz pierwszy? Na samo wspomnienie tamtych wydarzeń miałam ochotę coś rozwalić. On był taki… protekcjonalny, dużo starszy ode mnie i zarozumiały. Cały czas taki jest, chociaż na początku odniosłam inne wrażenie. Poznaliśmy się na przyjęciu urodzinowym córki gubernatora. Oboje byliśmy sami. Chociaż on miał na sobie garnitur, a ja wieczorową suknię, zupełnie tam nie pasowaliśmy. Atmosfera była sztywna, ale nam dobrze się rozmawiało. Jedno kończyło zdanie drugiego. Dużo się śmialiśmy. Było miło. Bardzo. Przez jakieś piętnaście minut. Później on poprosił mnie do tańca. Odmówiłam. I to był mój błąd. Edwardowi Masenowi się nie odmawia. Jednak wtedy nie miałam wyjścia. Nie poszłam tam żeby się zabawić. Nie wiedziałam nawet co to słowo oznacza. Jak na osiemnastolatkę, którą wtedy byłam prowadziłam zadziwiająco mało rozrywkowy tryb życia. Nie miałam na to czasu. Na tamtym przyjęciu byłam tylko po to, aby wykorzystać ogólne zamieszanie i coś… wykraść. Jak zawsze.

Całkiem dobrze mi szło. Układ domu znałam na pamięć. Wiedziałam gdzie są wszystkie z dwunastu sypialni, kuchnia, biblioteka. Gabinet. Trafiłam do niego bez problemu, tłumacząc mijanej służbie, że szukam innej łazienki, bo do tej głównej była kolejka. Przeszukanie pomieszczenia i znalezienie dokumentów, których potrzebował Aro zajęło mi niewiele czasu. Byłam naprawdę z siebie dumna, bo to było moje pierwsze samodzielne zadanie, ale ten dupek musiał wszystko popsuć. Właśnie szamotałam się z podwiązką, aby wcisnąć za pończochę niewielki plik dokumentów, gdy drzwi gwałtownie się otworzyły. Serce na chwilę mi zamarło, gdy ujrzałam obrazek przede mną.

Stali w drzwiach i w pierwszej chwili mnie nie zauważyli. Koszula Edwarda była do połowy rozpięta, a raczej rozrywana przez jedną dłoń szanownej solenizantki. Jej druga ręka mocowała się z rozporkiem. Natomiast on… Nieważne. Nie tracił czasu. Gdy oderwali się od siebie na chwilę, szukając wzrokiem jakiegoś kawałka czegokolwiek na czym można się pieprzyć w końcu mnie zauważyli. Musiałam wyglądać równie żałośnie co oni. A nawet bardziej, gdy w dziesięciocentymetrowych szpilkach wyskakiwałam przez okno, a później uciekałam przez trawnik goniona przez dwa dobermany i ochronę. Na szczęście zjawił się Emmett. Wtedy po raz pierwszy ocalił mi skórę.

Jasper bez problemu odszukał informacje o Edwardzie. Wynikało z nich, że był sześć lat ode mnie starszy, przeprowadził się z jakiejś zapyziałej dziury z drugiego końca kraju, aby studiować prawo na nowojorskim uniwersytecie. Wychowywał go ojciec, matka zmarła przy porodzie. Oprócz tego niewiele było danych na jego temat. Z pozoru prowadził nudne życie. Żadnych mandatów za złe parkowanie, bójek, aresztowań za posiadanie niedozwolonych substancji odurzających… Dlatego nie potrafiłam zrozumieć jak taki grzeczny chłopiec może pojawiać się z nikąd na większości moich akcji i tak spektakularnie je pierdolić. Od czasu przyjęcia u gubernatora wpadaliśmy na siebie średnio co dwa, trzy miesiące, aż zrozumiałam, że on tak na prawdę prowadzi podwójne życie. Takie samo jak ja. W gabinecie gubernatora nie pojawił się bez powodu. Miał ten sam cel co ja, tylko metodę… inną. A ja go ubiegłam. Nasze kolejne spotkania wyglądały podobnie, tyle że nie było już w nich nic miłego. W najlepszym wypadku pozdrawialiśmy się środkowym palcem. Z tego co zorientował się Jasper, Edward pracował sam i nie był dla nas żadnym zagrożeniem. Wyglądało to tak, że chłopak po prostu lubił życie na krawędzi i jakimiś dziwnym zbiegiem okoliczności czasami chciał tego samego co ja. Emmett nie raz proponował, że go sprzątnie, aby przestał nam przeszkadzać, ale ja się nie zgodziłam. Nie wiem dlaczego. Po prostu z nim było jakoś tak… inaczej. Podnosił mi poprzeczkę i adrenalinę. Sprawiał, że dawałam z siebie wszystko, a nawet więcej. Czasami sama łapałam się na tym, że go wypatruję. To było chore. I musiało się wreszcie skończyć, bo tym razem posunął się za daleko. Teraz miałam okazję, aby załatwić to raz na zawsze.

Przyłożyłam broń do jego klatki piersiowej na wysokości mostka. Uśmiechnął się do mnie. Dupek.

- Jak na kogoś kto za chwile umrze, masz zadziwiająco dobry humor.
Uniósł brew.

- Jak na kogoś kto chce zabić, zadziwiająco długo tego nie robisz…

Zignorowałam jego uwagę.

- Jak się dostałeś do sejfu Newtona?

- 82692 – podał cyfry znudzonym tonem.

Otworzyłam szeroko powieki.

- Znałeś hasło? Skąd?

- Na klawiaturze telefonu te cyfry układają się w imię… – Wyjaśnił spokojnie.

- Tanya. – klepnęłam się w czoło wolną ręką - Cholera. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że on ma kochankę…

- I zrobiłaś z jego sejfu ser szwajcarski? – zapytał dobrze się bawiąc.
- Ważne że się dostałam. A teraz gadaj, gdzie są moje pieniądze – zażądałam ostro, ale on jedynie roześmiał się głośno.

- Twoje?

- Gadaj… - przycisnęłam pistolet mocniej do jego skóry.

- Nie – odparł spokojnie splatając dłonie na karku. Starałam się nie zwracać uwagi jak jego mięśnie napinały się, gdy wiercił się pode mną szukając wygodnej pozycji. To było trudne. Uniosłam się na udach, aby nasze ciała się nie stykały bo rozpraszało to moją uwagę. Roześmiał się kpiąco. - I co zrobisz? Zabijesz mnie? Znam cię, Piękna. Nie jesteś typem mordercy. Nigdy nikogo nie zabiłaś i nie zabijesz. Nie potrafisz.

Krew we mnie zawrzała. On doprowadzał mnie do szału.

- Nieprawda. Mogę to zrobić. – Przycisnęłam broń jeszcze mocniej do jego ciała, jakby na potwierdzenie swoich słów.

Skrzywił się.

- Ała. Z tego się strzela, a nie dźga jak nożem.

Sfrustrowana przewróciłam oczami.

- Albo wali po łbie.

Zamyślił się na chwilę.

- W takim razie czy mogę wyrazić ostatnie życzenie przed śmiercią? – zapytał nagle poważny.

- Życzyć sobie możesz… - wzruszyłam ramionami.

Spojrzał na moje usta.

- Pocałuj mnie – wyszeptał.

Zacisnęłam palce na spluwie. Miałam dosyć jego żartów i arogancji.

- Posłuchaj mnie uważnie, palancie. Jeżeli kiedykolwiek mnie dotkniesz to jedynie po moim trupie. A nie wyglądasz na faceta, którego bawi nekrofilia. Raczej na kogoś, kto za chwilę będzie miał dziurę w klacie, jeżeli nie zacznie gadać – wydyszałam wzburzona.

Milczał przez chwilę patrząc uważnie na mój zacięty wyraz twarzy.

- Po co ci te pieniądze? – zapytał cicho.

- Chyba się nie rozumiemy. To ja mam broń, więc ja zadaję pytania.

Uśmiechnął się miękko, niemal pobłażliwie, jak do nieznośnego dziecka, a ten widok zaparł mi dech w piersiach. A jednak coś potrafi tego dokonać. Wykorzystał chwilę mojego rozkojarzenia i chwycił moje nadgarstki. Po sekundzie leżałam już pod nim.

- Po co ci te pieniądze? – powtórzył swoje pytanie wyszarpując z mojej dłoni broń. Korzystając z okazji spojrzałam w dół. Jednak miał bokserki.

- Widziałam dzisiaj fajną torebkę… - sapnęłam, gdy ścisnął mnie mocniej udami, abym się nie wyrywała.

Przymrużył powieki i spojrzał na mojego glocka, którego trzymał w dłoni. Przyglądał mu się uważnie przez krótką chwilę, aż nagle rzucił na podłogę. Zamrugałam zdezorientowana. Co on, do cholery, robi? Utkwił we mnie te niesamowicie zielone spojrzenie i zaczął pochylać się w moją stronę. Serce mi zamarło. Z każdym centymetrem, który zmniejszał odległość między naszymi twarzami czułam, że oddycham płycej, a ciało mi sztywnieje. Jego ciepły oddech owiał moje poranione od przygryzania wargi, gdy zadał mi ciche pytanie tuż przy moich ustach.

- Wiesz jaka jest różnica między naładowanym Glockiem kaliber 9 mm, a takim z pustym magazynkiem?

Zamknęłam oczy, gdy poczułam, że wsuwa dłoń pod poduszkę.

- Jakieś 280 gram – szepnęłam zaciskając mocniej powieki. Po wadze zorientował się, że moja broń nie była naładowana. Cholera.

- Jeżeli nie przyszłaś mnie zabić, to po co? – Twarda lufa jego pistoletu musnęła moje skronie. Było źle.

Rozsunęłam powieki i wlepiłam wzrok w Edwarda myśląc gorączkowo jak wybrnąć z tej beznadziejnej sytuacji.

- Pożegnać się – wyszeptałam oddychając z ulgą, gdy ujrzałam na jego czole migocący, czerwony punkcik lasera. – Ja może nie jestem typem mordercy, ale Emmett bez wątpienia jest strzelcem wyborowym.

Edward zmarszczył czoło i powoli odwrócił twarz spoglądając przez okno na sąsiedni budynek.

- Wiesz, że Rosalie spodziewa się dziecka? – zapytał nagle, a ja wstrzymałam oddech.

- Skąd ją znasz? Skąd wiesz, że oni są razem i że ona jest w ciąży? – zasypywałam go pytaniami.
Posłał mi zawadiacki uśmieszek.

- Chyba się nie rozumiemy. To ja mam broń, więc to ja zadaję pytania. – powtórzył moje słowa wyraźnie rozbawiony.

- Jesteś trzymany na muszce przez mojego przyjaciela… – zauważyłam, aby zgasić z jego twarzy ten głupi uśmiech. Bezskutecznie.

- Świat jest mały, Moja Piękna. Czasami zdarza się, że ludzie posiadają wspólnych znajomych…

Zmarszczyłam brwi nie bardzo rozumiejąc co on sugeruje.

- Emmett by mnie nie zdradził…

- Oczywiście, że nie. Ciebie nie, ale Ara… To co innego. Gdy powiększa ci się rodzina zmieniają ci się priorytety… Jasper też kogoś poznał. W jego stanie stracił już nadzieję na normalny związek, ale widać cuda się zdarzają.

Byłam zszokowana jego wiedzą.

- Skąd to wszystko wiesz? Od kogo?

Odsunął lufę od mojego czoła, ale dalej we mnie celował. Czułam się trochę pewniej wiedząc, że Emmett mnie osłania, chociaż nie do końca już ogarniałam kto jest po czyjej stronie. Edward ruchem brody wskazał sąsiedni budynek, gdzie w apartamencie naprzeciwko reszta mojej trzyosobowej drużyny chyba mi pomagała.

- Od nich. Jasper dobrze wszystko przemyślał. Już dwa lata temu zorientował się kim jestem, ale zatrzymał to dla siebie czekając na odpowiedni moment. I nadszedł jakiś miesiąc temu. Przyszli do mnie oboje oferując pewien układ. Mieli propozycję nie do odrzucenia. Chcą mi pomóc, rzucić to wszystko, odejść od Ara i zacząć nowe życie. Ty też powinnaś.

Słuchałam jego słów niczego nie rozumiejąc. Miałam wrażenie, że mówi o zupełnie obcych mi ludziach. Nie o przyjaciołach z którymi od ośmiu lat razem wspieramy się i pomagamy jakoś przeżyć bezwzględne rządy Ara.

- Przyszli do ciebie? Czyli do kogo? Kim jesteś Edwardzie Masen?

Wziął głęboki oddech.

- Nazywam się Edward Cullen i jestem agentem federalnym, który od pięciu lat rozpracowuje niejakiego Ara Volturi. – zakomunikował z powagą.
Naprawdę nie należę do osób, które łatwo wpadają w panikę. Jednak w tej chwili ogarnęła mnie niezrozumiale silna potrzeba ucieczki.

- Puszczaj mnie! – wydarłam się okładając go pięściami po klatce piersiowej, zupełnie nie przejmując się wycelowaną we mnie bronią.

- Nie szarp się. – Przycisnął moje nadgarstki do materaca nad moją głową. - Nic ci nie zrobię, chcę tylko porozmawiać. Emmett ciągle cię osłania. Jesteś bezpieczna. Rozumiesz? – Teraz rozumiałam. Nagle wszystko zaczęło układać mi się w logiczną całość. Dziwne zachowanie chłopaków, Edward będący zawsze w pobliżu. Prowokacja z sejfem, aby mnie tutaj zwabić. Czekał na mnie. Wiedział, że przyjdę, bo tym razem przegiął i był pewien, że będę chciała odzyskać pieniądze. Fala wściekłości zalała moje ciało. Zaczęłam go kopać, gryźć. Starałam się wyszarpnąć, ale trzymał mnie mocno, czekając aż się zmęczę. Byłam wyczerpana tym dniem. Moje ciało szybko osłabło. Uniesione ramiona naciągnęły moją kurtkę i bluzkę wyżej odkrywając spory kawałek skóry na moim brzuchu.

– Boże, co on ci zrobił? – szepnął patrząc na moje poranione i posiniaczone ciało. Instynktownie zacisnęłam mocniej uda. Zauważył to. Twarz mu stężała, a w oczach pojawiła się wściekłość - Bello! – Pierwszy raz zwrócił się do mnie po imieniu.

Coś we mnie pękło.

- To nie twoja sprawa! Zostaw mnie! – wyrywałam się i krzyczałam tak głośno jak potrafiłam. Jakby mogło mi to zagwarantować wyrzucenie z siebie całego, ukrywanego od lat gniewu i żalu. Edward opadł na mnie przyciskając całym ciałem do materaca, ale nie wiedziałam, czy chce w ten sposób mnie uspokoić, czy zejść Emmettowi z linii strzału. Rozważanie tego wywołało u mnie jeszcze większy szloch. - Myślisz, że Aro komukolwiek z nas pozwoli tak po prostu odejść? Wiesz co on zrobił Emmowi gdy się za mną wstawił? Widziałeś jego poparzoną twarz? Ten kwas był przeznaczony dla mnie, aby więcej żaden chłopak na mnie nie spojrzał. – Zaśmiałam się przez łzy wprost w jego szyję. Czułam jak jego mięśnie napinały się coraz bardziej z każdym moim kolejnym słowem. – A to był tylko głupi, szczeniacki pocałunek. Aro nie potrzebuje wiele, aby wpaść w szał, ale gdy ma powód potrafi zabić gołymi rękoma. Myślisz, że dlaczego Jasper jeździ na wózku? Aro połamał mu wszystkie kości, gdy zorientował się, że przyjaciel majstrował przy moich bransoletach, próbując je ściągnąć. Rehabilitacja trwała rok i Aro pewnie by go dobił, gdyby nie jego genialny umysł. Był mu potrzebny.

- Jak długo to trwa? Od kiedy z nim jesteś? – uniósł się na łokciach i spojrzał na mnie. Zamknęłam oczy. Tak było mi łatwiej.

- Od dziesięciu lat.

- Boże, przecież ty byłaś wtedy dzieckiem… ile miałaś lat? Dwanaście? Trzynaście?

- To nie ma znaczenia… - szepnęłam otwierając oczy. Jego wpatrywały się we mnie z troską, której nigdy wcześniej u niego nie widziałam. Nagle poczułam się niezręcznie leżąc z nim w takiej pozycji... Odepchnęłam go od siebie wciskając pięści między nasze klatki piersiowe. Odsunął się ode mnie natychmiast. Spojrzał w stronę okna.

- Pomachaj do nich, bo mnie zabiją.

Zrobiłam jak prosił dając im znak, że wszystko w porządku. Usiadłam na łóżku, a on wstał i zaczął ubierać spodnie. Odwróciłam wzrok, otarłam łzy i zaczęłam bawić się zamkiem mojej kurtki.

- Jeżeli Jasper i Emmett chcą spróbować coś zmienić ja życzę im szczęścia, ale jedyne co mogę zrobić to zapewnić dyskrecję i udawać przed Aro, że o niczym nie wiem.

- Oni ciebie nie zostawią.

Podniosłam na niego wzrok.

- Nie mają wyjścia. Widzisz to? – wyciągnęłam w jego stronę dłonie pokazując srebrne bransolety na moich nadgarstkach. - Myślisz, że co to jest? Biżuteria? To są kajdanki.

- Jak to działa? – Uklęknął przede mną i chwytając moje dłonie zaczął dokładnie je oglądać.

Zaschło mi w gardle.

- Musiałbyś zapytać Jaspera, to on je zaprojektował, chociaż wtedy nie wiedział dla kogo. Ja wiem tylko tyle, że jeżeli Aro umrze, to ja też. Kazał sobie wszczepić czujnik. Jeżeli jego serce przestanie bić… moje również. –

Wyjaśniłam cicho.

- Dlaczego on ci je założył?

Wzięłam głęboki oddech.

- Bo on się mnie boi. Myśli, że będę chciała się zemścić i go zabiję. Że skoro straciłam wszystko, to teraz jestem zdolna do wszystkiego.

- Zemścić? Za co?

Skuliłam się w sobie ściągając do siebie ramiona.

- Za wszystko. Ale głównie za zabicie moich rodziców.

Spojrzał na mnie zszokowany.

- Boże, jak ty możesz to znosić?

- Przestań – zażądałam wstając. - Nie chcę twojej litości. Oddaj mi tylko pieniądze, które ukradłeś Newtonowi. Potrzebuję ich.

- Dam ci je, jeżeli powiesz na co. – Stanął przede mną.

Nie widziałam powodu, aby ukrywać przed nim cokolwiek. I tak się dowie.

-
Chcę zniknąć. Uciec tam, gdzie mnie nie znajdzie – wyznałam moje plany.

- Myślisz że istnieje takie miejsce?

Wzruszyłam ramionami. Nie miałam pojęcia, ale wiedziałam, że nie zniosę już więcej takiego życia. I miałam jeszcze inne powody.

- Potrzebuję gotówkę na przeszczep skóry i operację kręgosłupa.

- Bello – westchnął łagodnie - oni się z tym pogodzili…

- Bo to nie była ich wina. Łatwiej jest wybaczyć komuś niż sobie.

- Posłuchaj mnie. – Chwycił mnie za ramiona i zmusił bym na niego spojrzała - Aro tobie ufa. Jesteś jedyną osobą, która zna wszystkie jego plany, metody działania. Pomóż nam go zamknąć, a uwolnisz się od niego raz na zawsze.

- On prędzej się zabije niż da zamknąć w więzieniu. Zresztą doskonale wiesz jakim Aro jest wpływowym i potężnym człowiekiem. Ma w garści prokuratorów, kilku sędziów, policję i u was też ma swoich ludzi. Niebawem będzie miał jeszcze Newtona. Wtedy będzie nietykalny.

- Newtona mam ja. – Uśmiechnął się triumfalnie.

- Ściągnęłam pliki z jego komputera, już są u Ara. – Rozwiałam jego nadzieje.

- To co ściągnęłaś jest gówno warte. Ja nie tylko w jego sejfie byłem wcześniej.

Jęknęłam. On był naprawdę dobry.

- Okej, ale jest nieostrożny. Ma kochankę. Gdyby jego żona się dowiedziała, zabrałaby mu większość majątku po rozwodzie z orzeczeniem jego winy. Aro zaszantażuje go żądając pieniędzy, bo potrzebuje kapitał na kolejną fabrykę broni. To duża inwestycja, ale większość już ma. Jeżeli Newton go zasponsoruje i tak straci mniej niż po rozwodzie, więc zgodzi się na wszystko i dodatkowo uniknie skandalu.

- Nie będzie żadnego rozwodu. Zająłem się Jessicą. Jeżeli będzie chciała licytować się na wierność i zdrady… No cóż, ona była pierwsza… - posłał mi szelmowski, zadowolony z siebie uśmiech, a mną zawładnęła niespodziewana wściekłość.

- Ty dziwkarzu – wysyczałam odpychając go od siebie - Na to idą nasze podatki?

- Zapomniałem, że ty jesteś płacącym podatki uosobieniem uczciwości – zakpił.
Nie zastanawiałam się. Po prostu wypłaciłam mu policzek.

- To nie jest mój wybór! To nawet nie jest moja praca na którą mogę sobie ponarzekać po powrocie do domu!
Ja nawet nie mam domu. Jestem własnością z którą można robić co i kiedy się chce. Wyszkolił mnie jak psa i zmusza do okropnych rzeczy. Nigdy więcej nie porównuj mojej moralności do twojej. Bo ja pomimo wszystko jakąś mam. A ty?

- A ja chcę ci pomóc. – Potarł zaczerwienioną skórę.

- Ty chcesz mnie zabić.

- Myślisz, że żyjesz? – Podszedł do mnie i szarpnął za bluzkę. Podciągając ją do góry wskazał na moje blizny. - To nazywasz to życiem? Lubisz jak ci to robi?

- Zamknij się! – Zaczęłam okładać go pięściami i szlochać bezsilnie, gdy chwycił moje dłonie i znowu przyciągnął do siebie.

- Wiem dlaczego za każdym razem ryzykujesz – wyszeptał w moje włosy. - Dlaczego wspinasz się po budynkach, samochodem jeździsz jak szalona, grozisz ludziom z nienaładowanej broni, prowokujesz Ara...

- Po prostu mam to w dupie – wyjęczałam próbując się wyswobodzić z jego uścisku. Odsunął się i uniósł mój podbródek.

- Nie. Ty chcesz w końcu coś poczuć.

Spuściłam wzrok.

- Muszę już iść. Daj mi tylko te pieniądze i nie wchodź mi więcej w drogę. – wyszarpnęłam się i podeszłam do okna. Oparłam czoło o szybę i pomachałam do zaniepokojonego naszą szamotaniną Emmetta. Odmachał mi uśmiechając się nieśmiało.

Edward stanął za mną.

- Nie miej do nich żalu. Oni po prostu się zakochali. Każdemu może się zdarzyć.

- Wiem… – westchnęłam smutno - …nawet Aro codziennie powtarza mi, że mnie kocha.

Widziałam w odbiciu twarz Edwarda i jego mocno zaciśniętą szczękę.

- To nie jest miłość.
Wzruszyłam ramionami.

- Nie będę się kłócić na tematy których nie rozumiem.
Ubierałam buty, gdy Edward podnosił z podłogi moją broń. Gdy zobaczyłam ją w jego ręce ogarnęła mnie panika.

- Nie bój się, oddam ci – roześmiał się i podał mi pistolet - Miałem pięć lat, aby zdobyć twoje odciski palców.

Byłam pewna, że nie mówił o akcjach. Wtedy zawsze byłam ostrożna.

- Śledziłeś mnie prywatnie? – zapytałam chowając broń do wewnętrznej kieszeni kurtki.

- Czasami… - Uciekł ode mnie wzrokiem.

- Chodziłeś za mną, za chłopakami pewnie też… narażałeś się nieraz… Musi ci bardzo zależeć na twojej pracy.

Zawahał się, jakby w pierwszej chwili chciał powiedzieć coś zupełnie innego.

- Tak.

- Założyłeś mi teczkę. – Stwierdziłam cicho uświadamiając sobie, że FBI pewnie wie o mnie więcej niż chciałabym ujawnić komukolwiek. - Co w niej jest? – dopytywałam.

- To możesz poznać dopiero, gdy zgodzisz się na układ ze mną.

Kuszące, ale dla mnie to było za mało. Teraz nie miałam już wątpliwości, że muszę uciec jak najszybciej i jak najdalej. Nie tylko przed Aro.

Spojrzałam na niego niepewnie przygryzając wargę.

- Zniszczysz ją dla mnie? Zapomnisz, że istniałam i pozwolisz uciec od niego?

Wziął głęboki oddech i przeczesał dłonią włosy.

- Bello, Aro i tak pójdzie siedzieć. Z twoją pomocą, lub bez, chociaż z tobą poszłoby to szybciej i skuteczniej.
Jesteś jego jedyną słabością. Przemyśl to. Jeżeli wejdziesz w to razem z chłopakami, zbierzesz obciążające go materiały i będziesz zeznawać przeciwko niemu w sądzie zostaniesz oczyszczona z zarzutów. Dostaniesz status świadka koronnego, ochronę…

- I co jeszcze? Bezludną wyspę? Przestań mydlić mi oczy. Aro nie jest głupi, a ja jestem kiepską aktorką. Wiesz co będzie, gdy on się zorientuje, że go zdradziłam? – Mój głos nagle zaczął się łamać, a ręce drżeć. Zacisnęłam je w pięści. - Nie zabije mnie, bo to byłoby dla niego zbyt łatwe. On lubi patrzeć jak cierpię. Zamieni moje życie w jeszcze większe piekło. Za to ciebie zabije na pewno, później chłopaków. Zresztą ja jestem od niego zależna. Wystarczy, że on będzie miał zawał, albo w akcie desperacji strzeli sobie w głowę. Jak temu zaradzicie? Nie chcę umierać razem z nim. Mogę przed, mogę po, ale nie razem z nim – powtórzyłam zawzięcie ponownie czując wzbierające w moich oczach łzy. Wiedziałam, że jestem na to po prostu zbyt słaba. Nie potrafiłabym grać, kłamać.

Owinęłam się ramionami, jakbym chciała utrzymać moje ciało w jednym kawałku. Edward podszedł do mnie i przytulił. Tak po prostu. Delikatnie głaskał moje plecy i czekał aż się uspokoję. Zamknęłam oczy, gdy poczułam jego ciepły oddech na mojej skroni.

- Obiecuję ci, że zrobię wszystko, żeby twoje serce biło, a jego nie. – wyszeptał tuż przy moim uchu. Rozluźniłam się trochę. Wyczuł to i przeniósł jedną dłoń na moją głowę, wplatając palce we włosy. Bawił się nimi. Mną.

Odsunęłam się od niego.

- Edward, ja nie jestem taka jak te kobiety do których przywykłeś. Nie namówisz mnie w ten sposób i obrażasz mnie, próbując.

Spojrzał mi w oczy z taką złością jakbym to ja go uraziła. Odwrócił się bez słowa i podszedł do łóżka. Wyciągnął spod niego srebrną, metalową walizkę, rzucił ją na materac i wskazał na nią ręką.

- Proszę – Westchnął poirytowany nawet nie patrząc w moim kierunku. – Jeżeli jesteś pewna, że one są wszystkim czego potrzebujesz do szczęścia, to dalsza rozmowa nie ma sensu.

Przymknęłam nieufnie powieki. Znałam go na tyle dobrze, aby wiedzieć, że on się nigdy nie poddaje. A już na pewno nie tak łatwo. Czułam przez skórę, że on jedynie zmieniał taktykę i nie spocznie póki nie przeciągnie mnie na swoją stronę robiąc ze mnie swojego informatora, szpiega.

- Pieniądze to tylko środek, nie cel – wymamrotałam, czując się w tym momencie równie przedmiotowo jak trzymana przeze mnie walizka. Oszukiwałabym sama siebie, gdybym nie przyznała, że prawie mnie namówił. Jednak patrząc na niego wiedziałam, że godząc się na jego warunki zmieniłabym jedynie właściciela. Na cudownego, czarującego dupka, który tak samo jak Aro chciałby mnie tylko dla siebie. I znowu bicie mojego serca zależałoby od kogoś innego. – Edward, daj mi miesiąc. Zorganizuję sobie jakieś schronienie gdzieś daleko… Później róbcie co chcecie. Ale będzie miło, jak go nie zabijecie…

– Otworzyć ci drzwi, czy wolisz wyjść oknem? – warknął na mnie, więc zdezorientowana podniosłam na niego wzrok. Był na mnie wściekły. Nie rozumiałam dlaczego, ale nie miałam wątpliwości, że wrócił opryskliwy palant. I dobrze. Tak będzie łatwiej.

- Od święta korzystam z drzwi. – Odcięłam się posyłając mu sztuczny uśmiech - Och i przepraszam, że popsułam ci walentynki… pewnie musiałeś zmienić plany specjalnie ze względu na mnie… – cmoknęłam z udawaną troską – …jaka szkoda… pewnie przeszła ci koło nosa jakaś gorąca randka.

Nacisnęłam klamkę gotowa na jego kolejny niewybredny komentarz, ale on zaskoczył mnie swoim miękkim tonem i powagą w głosie.

- Wierz mi, walentynki spędziłem dokładnie z tą osobą z jaką chciałem.

Uśmiechnęłam się do niego. Chyba ostatni raz zrobiłam to tak szczerze podczas naszej pierwszej rozmowy. Pięć lat temu. Zabawne. Dzisiaj przez chwilę poczułam się przy nim tak jak wtedy. Jednak to prawda, że życie zatacza krąg i na końcu wraca się do początku.

- Ja też. – odparłam cicho zamykając za sobą drzwi.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
ola7194
Capofamiglia



Dołączył: 14 Sie 2010
Posty: 1085
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 3 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: szczecin

PostWysłany: Wto 0:23, 22 Lut 2011 Temat postu:

Grafika & Film

Dobra... to wszystkie prace pisemne jakie otrzymałyśmy ^^
Czas na filmiki oraz grafikę:

Filmy możecie znaleźć na konkursowym kanale Time of Love:
http://www.youtube.com/user/KonkursTimeOfLove?feature=mhum#p/a/u/0/D8nw-FoyCEc

bezpośrednie linki do filmików:

1
2
3


Prace graficzne:

1.

2.

3.

4.

5.

6.

7.




_____________________________________________________
Jak oceniać prace?

Przykład:


Miniaturka:
1. nr 3
2. nr 1
3. nr 6

Grafika:
1. nr 4
2. nr 5
3. nr 1

Film:
1. nr 1
2. nr 3
3. nr 2



Uwaga! To w jakiej kolejności wypisujecie prace, ma znaczenie!
(im fajniejsza praca tym wyżej postawiona w waszym rankingu)



Głosowanie oficjalnie rozpoczęteRazz


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez ola7194 dnia Wto 1:27, 22 Lut 2011, w całości zmieniany 4 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
aleksandra006
Sotto capo



Dołączył: 06 Sie 2010
Posty: 484
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 3 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Gdańsk

PostWysłany: Wto 9:20, 22 Lut 2011 Temat postu:

Jestem pierwsza!!!!! Jak nigdy!!!!
Tak więc zaczynam:
MINIATURKI:
1. 4
2. 1
3. 9

FILMIKI:

1. 1
2. 3
3. 2

GRAFIKA:

1. 7
2. 3
3. 5


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Koainka
Administrator



Dołączył: 06 Sie 2010
Posty: 1628
Przeczytał: 4 tematy

Pomógł: 10 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Gdzie poniosą mnie nogi

PostWysłany: Wto 10:37, 22 Lut 2011 Temat postu:

MINIATURKI:

1. 6
2. 8
3. 2

FILMIKI:

1. 3
2. 2
3. 1

GRAFIKA:

1. 7
2. 4
3. 5


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
klaudiaaa90
Socio



Dołączył: 09 Wrz 2010
Posty: 47
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 1/5

PostWysłany: Wto 13:01, 22 Lut 2011 Temat postu:

Miniaturka:
1. nr 3
2. nr 2
3. nr 4

Grafika:
1. nr 7
2. nr 6
3. nr 4

Film:
1. nr 2
2. nr 1
3. nr 3


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Arwena-87
Figlio di a femmina



Dołączył: 29 Sty 2011
Posty: 9
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Wto 13:11, 22 Lut 2011 Temat postu:

MINIATURKI:

1. 5
2. 1
3. 2

FILMIKI:

1. 2
2. 3
3. 1

GRAFIKA:

1. 4
2. 5
3. 1
________


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:
Napisz nowy tematTen temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi Forum www.cullenbitches.fora.pl Strona Główna -> UWAGA!!! KONKURS!!! :) Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Idź do strony 1, 2, 3, 4  Następny
Strona 1 z 4


Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB Š 2001, 2005 phpBB Group
Theme bLock created by JR9 for stylerbb.net
Regulamin